Miesiąc: Lipiec 2019

Jaki szkicownik wybrać?

Choć nie lubię posiadać wielu niepotrzebnych przedmiotów i unikam zaśmiecania sobie mieszkania niepotrzebnymi dekoracjami, pewnych rzeczy po prostu nie mogę przestać kupować. Są to wszelkiej maści produkty papiernicze, notesy, pisadła, szkicowniki i farby. Myślę, że tego, co nagromadziłam przez ostatnie parę lat starczy mi na jeszcze kilka żyć, pomimo że staram się regularnie szkicować. Chyba jeszcze nie zdarzyło mi się zużyć jakiś szkicownik naprawdę do ostatniej strony, jednak kilka obecnych zdecydowanie do tego zmierza. Jednocześnie parę odstawiłam już dawno w kąt, zapomniałam lub po prostu zrezygnowałam ze względu na niepraktyczność czy niedostatecznie dobrą jakość papieru.

Moje szkicowniki

W pierwszej kolejności pokażę, z jakich szkicowników obecnie korzystam (a także: z którymi walczę lub które odłożyłam na półkę). Na ich podstawie opiszę, na co powinno się zwracać uwagę przy wyborze szkicownika. Warto jednak przypomnieć znane powiedzenie, że „jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego”. Oznacza to mniej więcej, że jeśli pracuje się, wykorzystując różne media i techniki, konieczne jest posiadanie różnych papierów i szkicowników. W sztuce złoty środek nie istnieje.

Taka tam kolekcja

1. Hahnemühle Grey Book A5

Mój najnowszy nabytek i absolutnie go kocham. Jest lekki, porządnie wykonany, elegancki. Faktura okładki imituje drewno, choć jest to raczej tektura. Papier jest gładki, szary, jednolity, o gramaturze 120 g/m², 40 kartek (80 stron) powinny się dać dość szybko wypełnić. Muszę jednak podkreślić, że jest to papier bardzo wysokiej jakości. Według opisu przeznaczony jest on głównie do pracy z tuszem i markerami, jednak świetnie spisuje się także z akwarelą (nie uniknie się falowania stron przy tej gramaturze, jednak spokojnie znoszą one wodę). Przez ten papier jeszcze nie przebił mi żaden cienkopis ani mazak. Wady? Oczywiście, że są. Po pierwsze, nie rozkłada się on na płasko, więc zdecydowanie przydatne będą klipsy do przyczepienia kartek do okładki. Nieduża liczba stron i oczywiście cena. Z tej samej serii można również kupić notes z jasnobrązowymi kartkami nazwany Cappucino Book. Oba szkicowniki dostępne są w formatach A4 i A5.

2. Leniar blok szkicowy z szaro-brązowym papierem A5

Bardzo tani szkicownik z papieru z recyclingu, niestety nie sprawdził się u mnie zbyt dobrze. Zbyt chropowaty, aby komfortowo pisać po nim cienkopisami, średnio przyjmujący twarde ołówki, za to odpowiedni do ołówków miękkich i węgla. Powinien doskonale współpracować z kredkami, których ja nie używam (przetestowałam z czarną i białą i było naprawdę nieźle). Z chęcią wykorzystam ten papier jednak przy tworzeniu stron w Bullet Journalu. Bloczek formatu A5, 80 g/m², kartki klejone u góry, łatwe do wyrywania.

3. Clairefontaine Dessin à Grain

Jest to najlepszy mały szkicownik jaki znalazłam z najniższej półki cenowej, który spełniał wymagania: porządny papier, niska cena, brak spirali, bloczek z kartkami do wyrywania. Noszę go ze sobą na każde spotkanie rysowników, chętnie oddając luźne kartki potrzebującym zapominalskim (kiedyś zdarzyło mi się, że ktoś poprosił mnie o kartkę, a ja miałam ze sobą tylko porządny szkicownik, z którego nie wyrywam i było mi głupio odmówić). Sama wykorzystuję go do szybkich szkiców, do wstępnych kompozycji czy kiedy chcę przetestować jakieś nowe narzędzie. Papier jest naprawdę porządny i świetnie współpracuje z ołówkiem. Kartki są niestety tak słabo przyklejone, że wypadają same z siebie, co byłoby zdecydowaną wadą, gdyby ktoś chciał zachować notes w jednym kawałku.

4. Römerturm Aquarell Block A4

Jest to mój ulubiony papier do akwareli. Świetnie współpracuje z dużą ilością wody, ma piękną fakturę (choć czasem używam też drugiej, gładkiej strony). Jest to blok na spirali, papier tłoczony na zimno, 30 kartek formatu A4, gramatura 300 g/m². Tylna tekturka jest bardzo gruba i sztywna, dzięki czemu można go bardzo wygodnie trzymać w dłoni. Nie znałam wcześniej tej firmy, jednak postanowiłam dać jej szansę, kiedy uznałam, że chcę zainwestować w porządny papier, ale nie stać mnie na Arches. Czy ma on wady? Duża gramatura w połączeniu z porównywalnie sporą liczbą kartek daje naprawdę ciężką cegłę. Zdecydowanie nie nadaje się on do noszenia w plecaku na co dzień. Ze względu na zastosowanie, kartki często są dość pofalowane, więc przydaje się je czymś spiąć. Ja do tego celu wykorzystuję piórniczek na gumce, który kupiłam wieki temu w Tigerze, nie mając jeszcze wtedy pomysłu na jego zastosowanie. Kiedy bloczek Römerturm dołączył do mojej kolekcji, te dwa przedmioty stały się nieodłączną parą.

5. Mój kalendarz (tutaj: Semikolon Monstera Grand Voyage)

Ktoś kiedyś powiedział, że najlepszy szkicownik, to ten, który masz przy sobie. Jeśli mnie znacie, to wiecie, że nigdy nie rozstaję się ze swoim kalendarzem i to w nim czasami zdarzy mi się umieścić jakiś rysunek. Z tego powodu postanowiłam go dodać do tej listy – nawet, pomimo że nie jest to szkicownik per se. Papier jest dobry, ponieważ tym się kierowałam przy wyborze kalendarza. Może nie do końca radzi sobie z akwarelą, ale przecież nie stworzę w nim dzieła życia! Prawdopodobnie.

6. Sketch Book szary A6

Uwielbiam notesy z widocznym szyciem, dlatego pozwoliłam sobie kupić to maleństwo z serii szarych notesów (dostępne także A5 i A4). Notes jest bardzo poręczny i idealnie rozkłada się na płasko. Duża liczba kartek (120 -> 240 stron) w połączeniu z małym formatem stała się powodem, dlaczego to właśnie jego wybrałam do mojego pomysłu stworzenia notesu na same portrety. Niestety szybko wyszły na wierzch jego wady. Papier jest koszmarnej jakości i ołówek nie jest na nim zbyt dobrze widoczny. Niewygodnie rysuje się po nim także białą kredką – dopiero bardzo miękka kredka akwarelowa jest dostatecznie widoczna, aby używać jej komfortowo. Do cieni koniecznie muszę wykorzystywać czarną kredkę. Niby papier szary, a ani go rozjaśnić, ani przyciemnić. Tekturowa okładka też bardzo szybko wchłonęła jakąś plamkę tłuszczu. Obecnie zapakowałam go w improwizowaną okładkę wykonaną ze starej gazety. Nie zrażam się jednak – zamierzam dalej go męczyć.

7. Szkicownik Talens Art Creation A6

Notes, którego uśmierciłam, jako pierwszy. Mały format miał się sprawdzić jako szkicownik do noszenia zawsze przy sobie, jednak właściwie nie zdarzało mi się go wyciągać z bocznej kieszeni plecaka. Po prostu tam był i w żadnym stopniu nie zachęcał do rysowania. Pierwszą i prawdopodobnie najważniejszą tego przyczyną jest to, że trzeba go mocno trzymać, aby się nie zamykał. Przy większych notatnikach nie sprawia to takiego problemu, jednak przy takim maleństwie, po prostu nie ma jak go wygodnie złapać. Nie jest to jednak szkicownik zły. Porządny papier 140 g/m², sztywne i gładkie kartki, świetnie współpracuje z mazakami i cienkopisami, nie przebija. Jeśli ktoś nie ma miejsca w torebce na większy format, to taki notes z pewnością spełni swoją funkcję. Talens to znana firma, łatwo znaleźć w Internecie przykłady, jak ludzie wykorzystali te notesy do prowadzenia swoich art journali czy po prostu szkicowania.

8. Duży szkicownik Tiger A3

Kupiłam go całą wieczność temu w promocji w sklepie Flying Tiger. 50 kartek 100 g/m², nawet nienajgorszej jakości, biorąc pod uwagę cenę, również oryginalną. Jakiś czas przeleżał w półce, jednak kiedy po niego wreszcie sięgnęłam, szybko wypełniłam ponad połowę stron szkicami. Najbardziej doceniam w nim oczywiście format. Biorę go ze sobą wyłącznie wtedy, kiedy wiem, że będę rysować coś bardziej szczegółowego, albo po prostu mam ochotę się bardziej rozrysować. Oczywiście nie zastąpi on sztalugi i pełnego brystolu, jednak doskonale spisuje się jako „coś pomiędzy”. Dzięki spirali wygodnie się go trzyma, przerzucając drugą część kartek na tył. Myślę, że dobrze mieć chociaż jeden szkicownik w większym formacie.

Jak wybrać szkicownik

Pokazałam, z czego korzystam obecnie, natomiast są to tylko przykłady, które mogą nakierować czytelnika na wybór konkretnego formatu czy rodzaju notesu. Jakie elementy warto przede wszystkim rozważyć? Oto krótkie podsumowanie.

Papier

Jego wybór będzie w dużej mierze zdeterminowany wykorzystywaną techniką. Papier do akwareli powinien mieć odpowiednią gramaturę, papier do mazaków musi być koniecznie gładki, podczas gdy papier do ołówka może być cieńszy, żółtawy, chropowaty. Na własną odpowiedzialność można odchodzić od tych reguł. Papier do mazaków może okazać się odpowiedni do szkiców akwarelą a blok akwarelowy spisywać się dobrze z kredkami. Na początek polecam jednak wybrać coś specjalnie dedykowanego swojej technice.

Gramatura

Oznacza masę jednego metra danego papieru. Z założenia wiąże się to ze zwiększeniem grubości oraz gęstości kartki (znaczenie tych czynników jest rozmaite). Papier o najmniejszej gramaturze można spotkać w wielostronnych księgach, np. Biblii, natomiast duże gramatury będą miały kartony, które trudno zgiąć. Typowe kartony do pakowania przesyłek, pomimo dużej grubości, na ogół mają bardzo niewielką gramaturę. W temacie szkicowników gramatura oczywiście przełoży się na rozmiar i wagę – jeśli więc ma to być szkicownik poręczny, zabierany w podróż, warto większą gramaturę zrównoważyć mniejszą liczbą stron.

Kolor

Wiele osób nie przepada za kartkami innymi niż białe, podczas gdy inni swobodnie kreślą na papierach brązowych, szarych, czarnych. Sama dobrze odnajduję się w obydwu przestrzeniach i (jak widzieliście powyżej) moja kolekcja zawiera papiery i takie, i takie. Warto pamiętać, że nie istnieje biała farba akwarelowa, więc „poprawna”, akademicka akwarela powinna być wykonywana na papierze jak najbardziej zbliżonym do bieli. Dla osób mniej „poprawnych” zawsze można zmieszać akwarelę z gwaszem (technika podobna do akwareli, w której farby nie są transparentne) lub – co ja ostatnio przetestowałam – białym brush-penem (np. uni-ball Posca). W przypadku ołówka czy węgla warto zaopatrzyć się w dobrą białą kredkę, najlepiej jak najbardziej miękką. Kolorowe kartki świetnie spiszą się przy pasteli.

Faktura

Czyli to, czy kartka jest gładka, czy zawiera wzór papieru, o który nasze medium będzie zahaczać podczas szkicowania, które zahamuje farbę lub zbierze więcej śladu ołówka. Tutaj również warto poeksperymentować, jednak podstawy są bardzo proste: do mazaków, cienkopisów, kaligrafii, zdecydowanie nie warto wybierać szkicowników fakturowanych – linie będą wyglądać krzywo, a przy okazji można zepsuć sobie porządny cienkopis, wycierając jego wkład. W przypadku ołówków wybór jest mniej oczywisty – ja lubię papiery fakturowane, inni mogą woleć gładkie. To jak wybór pomiędzy ołówkami miękkimi a twardymi, wszystko zależy od pożądanego stylu rysunku. W przypadku akwareli istnieją dwa typy papieru: tłoczony na zimno albo na gorąco. Pierwszy (cold pressed) będzie charakteryzował się wyraźniejszą fakturą, świetnie współpracującą z typowym zastosowaniem tego medium. Papier tłoczony na gorąco (hot pressed) natomiast wybierany jest chętniej przez twórców komiksów czy obrazów bardziej szczegółowych.

Format

Ponieważ papier do tylko połowa historii.

Rozmiar

Wybór rozmiaru szkicownika jest jednocześnie łatwy i trudny. Łatwy, ponieważ ludzie najczęściej sięgają po takie formaty, jakie się u nich dobrze sprawdziły. Trudny, kiedy nie ma się wcześniejszego doświadczenia z notesami. Dla mnie jeden szkicownik byłby niedostateczny – czasem potrzebuję mniejszego, a czasem większego formatu. Jeśli jednak ma to być pierwszy taki zeszyt, chyba najbezpieczniej będzie polecić format A5.

Poziom, pion czy kwadrat?

Przebierając w notesach łatwo zauważyć, że część z nich posiada szycie na dłuższej krawędzi, a część na krótszej. Proporcje długości i szerokości kartki również mogą być bardzo rozmaite – od bardzo podłużnych prostokątów, aż do idealnych kwadratów. Osobiście nie przepadam za kwadratami, a w przypadku prostokątów orientacja nie ma dla mnie większego znaczenia. Pozwalam sobie na tę swobodę przekręcenia zeszytu o 90 stopni albo przeznaczania dwóch sąsiadujących stron na jeden rysunek. Nic nie stoi też na przeszkodzie przed użyciem fragmentu kartki, o pożądanych przez nas proporcjach, i pozostawieniu białego tła wokół.

Liczba stron

Duże liczby stron świetnie się prezentują, kiedy ktoś już dał radę wypełnić je rysunkami. Do szkiców polecam jednak wybrać coś o ograniczonej liczbie kartek. Zyska się mniejszą masę notesu, większą jego poręczność i zwiększy szanse, że będzie to notes wykorzystany do końca, a nie wrzucony do szuflady po zapisaniu połowy.

Okładka

Wzór okładki nigdy nie miał dla mnie większego znaczenia (w końcu zawsze można ją ewentualnie w dowolny sposób przyozdobić), jednak ważna była jej twardość i odporność. Okładki ze zwykłego papieru są ładne tylko przez pierwszych kilka dni, więc (o ile nie zamierza się zapakować szkicownika w dodatkową okładkę) zdecydowanie odradzałabym taki zakup. W przypadku notesów spiralnych i bloczków tylna okładka po prostu musi być na tyle twarda, aby umożliwić szkicowanie bez żadnego dodatkowego podkładu. Przy notesach książkowych, obie okładki powinny być twarde i odporne na zniszczenie. W przypadku pracy z akwarelą czy tuszem jest to szczególnie ważne.

Oprawa / szycie

Tak jak w poprzednich przykładach opisywałam, że wiele elementów jest kwestią raczej indywidualną, tak w przypadku szycia bardzo łatwo podzielić szkicowniki na te dobre i te złe. „Te dobre” to te, które rozkładają się na płasko albo pozwalają przerzucić „wcześniejsze” kartki na tył, umożliwiając tym sposobem wygodne szkicowanie. W drugiej grupie znajdą się głównie notatniki na spirali, bardzo lubiane przez rysowników. Choć często posiadają one perforację ułatwiającą wyrywanie stron, ja kupuję je wyłącznie wtedy, kiedy zamierzam tego nie robić. W końcu plastikowa spirala to też niepotrzebne zanieczyszczenie środowiska. Mniej ważne notesy, z których planuję wyrywać kartki, wybieram spośród oferty szkicowników klejonych na jednym z brzegów. Przy tak tanim i nienadającym się do niczego innego „szyciu”, nie mam żadnych wyrzutów sumienia.

Najbardziej jednak lubię szkicowniki w formie książkowej albo zeszytowej. Najprzyjemniej się je przegląda, są stosunkowo najbardziej odporne na warunki atmosferyczne czy pozostałą zawartość plecaka, a przy okazji wyglądają najpiękniej. Jednak to przy nich trzeba szczególnie zwrócić uwagę na szycie. Jeśli dany notes nie rozkłada się na płasko, nie ma sensu go w ogóle rozważać. Dla niewtajemniczonych – oznacza to, że przy otwarciu go na dowolnej stronie, trzeba  go cały czas trzymać, aby się nie zamknął oraz że dostęp do krawędzi wewnętrznych każdej kartki jest znacznie utrudniony lub wręcz niemożliwy. Usilne spłaszczanie takiego zeszytu może grozić zniszczeniem grzbietu oraz wypadaniem kartek (często są one tylko klejone). Lepiej po prostu upewnić się, że nie będzie to konieczne.

Dodatkowe bajery

Najlepszym dodatkiem, nieomówionym wyżej, jest moim zdaniem gumka spinająca obie okładki ze sobą i zapobiegająca otworzeniu się notesu w plecaku. Na szczęście brak takiej można łatwo nadrobić, tworząc ją własnoręcznie, lub kupując osobno w sklepie (niestety taka gotowa gumka, znanej marki, jest na ogół dość droga). Inną przydatną rzeczą jest tylna kieszonka, raczej częściej spotykana w notesach przeznaczonych na Bullet Journal niż szkicownikach. Jej braku na ogół jednak się nie odczuje zbyt dotkliwie. Trzecim często spotykanym elementem jest zakładka wstążkowa (albo takich kilka), której zastosowania w szkicowniku jeszcze nie znalazłam, ale potrafi ładnie wyglądać, zanim się zmechaci.

Podsumowanie

Po przeczytaniu tekstu powyżej wybór szkicownika powinien być łatwiejszy, jednak prawdopodobnie będzie zupełnie odwrotnie. Bardzo łatwo zabłądzić podczas poszukiwania jednego notesu, dobrego do wszystkiego. Papier grubszy, aby nie przebijał, czy może więcej kartek? Na spirali, bloczek czy książka? Mnie się obecnie marzy stworzenie własnego szkicownika przy użyciu rozmaitych papierów, ale prawdopodobnie szybko nie znajdę czasu na zabawę w introligatorstwo. Już prędzej po prostu połakomię się na jeden z dostępnych w Internecie ręcznie robionych tworów za ogromne pieniądze. Ale to dopiero kiedy zostanę znaną i bogatą artystką.

Przy okazji przypominam o istnieniu Grupy SZKICOWNIKliwej.

Więcej

10 rzeczy, które mnie zaskoczyły w Stambule

Jadąc do Stambułu, spodziewałam się kontaktu z zupełnie nową kulturą, nowym spojrzeniem na świat i nowymi bodźcami. Ta podróż była rajem dla oka – na każdym kroku przed oczami stawały mi piękne mozaiki, barwne dywany, niesamowite kolory. Myślę, że są to jednak rzeczy, które trudno tak naprawdę opisać w przystępny sposób. Tego trzeba doświadczyć na własnej skórze. Ten wpis postanowiłam przeznaczyć więc na 10 drobnych ciekawostek, które mogą być dla Was nowe, które rozbudzą ciekawość albo zmuszą do refleksji, czy może nawet zachęcą do planowania podobnej wycieczki! Tym razem nie będę opisywać miejsc czy zabytków, a skupię się na tych drobnych detalach, które przykuły moją uwagę podczas pobytu i o których łatwo można zapomnieć, nie zapisując ich po powrocie.

1. Prawie wszystkie samochody są białe

Kiedy przybyliśmy do Stambułu i autobusem jechaliśmy z lotniska do centrum miasta, była to pierwsza nietypowa rzecz, jaką zanotowałam: prawie wszystkie samochody na ulicy są białe! Jest kilka powodów, dlaczego mieszkańcy Stambułu wybierają konkretnie ten kolor. Najbardziej oczywisty to klimat tego miejsca – biel w większym stopniu odbija promienie słoneczne, dzięki czemu pojazd mniej się nagrzewa. Niektóre posty znalezione w Internecie podają, że białe samochody są tańsze, co mogłoby być kolejną przyczyną takiego wyboru. Poza tym, na bieli zarysowania są mniej widoczne, co zdecydowanie ma znaczenie w mieście takim jak Stambuł. Nie zliczę, ile razy widziałam tam samochody omijające przeszkody czy inne pojazdy, zachowując przy tym tak niewiarygodnie małą odległość, że naprawdę brak głębokich rys to już tylko kwestia szczęścia albo czasu.

2. Sklepy i restauracje otwarte są naprawdę długo

Jeśli ktoś, tak jak ja, mieszka obecnie w Niemczech i postanowi odwiedzić Stambuł, chyba największym szokiem kulturowym będzie to, że sklepy są otwarte do późnej nocy. Dla porównania, w moim mieście już od 8 wszystkie markety są zamknięte, a dwie godziny później na marne szukać otwartej restauracji. Stambuł to zupełnie inny świat! Zapomnieliście kupić pocztówki albo pamiątek dla rodziny, rano wyjeżdżacie, a właśnie wybiła północ? Wałęsając się po mieście, nagle złapał was głód w środku nocy? W tym mieście takie sytuacje nie wiążą się z żadnymi problemami, jako że ulice żyją do naprawdę późnej pory (nawet nie udało mi się sprawdzić, jak długo). W czasie Ramadanu jest oczywiście szczególnie – po całym dniu postu Muzułmanie świętują hucznie swój posiłek. Podczas bardziej zwykłych dni, wciąż jednak centrum miasta wieczorem nie zamiera, a tłumy ludzi kontynuują swoje zakupy czy spotkania ze znajomymi.

Dzięki temu też, centrum miasta wydaje się całkiem bezpieczne po zmroku. Ulice są oświetlone, ludzie przechadzają się ze znajomymi, ale także i samopas. Z restauracji dobywa się muzyka, sprzedawcy wciąż próbują opchnąć komuś swoje towary. Większość Muzułmanów, zgodnie ze swoją wiarą, nie pije alkoholu, więc raczej nie doświadczy się w Stambule konfrontacji z osobami pod wpływem.

Już dawno ciemno, a tu wszystko wciąż otwarte. Zdjęcie: PK.

3. Policja i bramki na wejściach

Można dyskutować na temat, czy obecność grup policjantów patrolujących lub pilnujących miejsc publicznych, zwiększa czy zmniejsza poczucie bezpieczeństwa. Ja powiem, że jest to po prostu coś, czego nie spotyka się zbyt często w Europie, poza ważnymi wydarzeniami lub świętami. Jest wiele powodów, dla których podjęto decyzję zwiększonej czujności w historycznym centrum i naprawdę nie chciałabym tych tematów tutaj poruszać. Zdarzało mi się widzieć wozy bojowe na głównych placach, a stróże prawa wyposażeni byli w karabiny maszynowe.

Kolejnym tematem jest kontrola dostępu do przestrzeni półpublicznych. Jeśli ktoś myśli, że po opuszczeniu lotniska będzie miał tymczasowo spokój z bramkami, jest w totalnym błędzie. W Stambule wszystkie najważniejsze muzea posiadają zabezpieczenia na wejściu, bagaż jest skanowany, a człowiek może być przeszukany. Co ciekawe – podobnie jest z galeriami handlowymi czy większymi bazarami.

4. Do muzeów wchodzi się z plecakami

Będąc jednak w temacie muzeów, dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że nie posiadają one szatni ani szafek. Ekspozycję ogląda się z torbą na ramieniu czy plecakiem na plecach, często trzymając kurtkę bądź bluzę w dłoni. Nie jest to wygodne ani praktyczne, ale domyślam się, że przy takiej liczbie odwiedzających, szatnia zajęłaby pół gmachu muzeum. Kolejnym problemem byłaby konieczność zorganizowania wyjścia w tym samym miejscu, co wejście – a to nie zawsze byłoby możliwe. Chodzenie z plecakiem jest jednak niewygodne, a często i niebezpieczne dla eksponatów.

Chyba jeszcze nie było wnętrza Hagii Sophii. No to jest!

5. Wikipedia zabroniona

Długo nie mogłam się do tego przyzwyczaić – kiedy pomimo dobrego połączenia z Internetem, strona nie chciała się załadować. Wikipedia obecnie zablokowana jest na terenie Turcji. Nie jest to jedyna ocenzurowana część Internetu w tym kraju, jednak zdecydowanie najważniejsza z punktu widzenia turysty.  W ubiegłych latach nawet chwilowo niemożliwy był dostęp do Twittera, jednak obecnie nie ma z tym problemu.

6. Przystawki w restauracjach

Czas powrócić do tematu jedzenia. Miłym zaskoczeniem jest to, że niezależnie od tego, czy trafiliśmy do małej i taniej knajpki, czy do wysoko ocenianej eleganckiej restauracji, zawsze przed otrzymaniem głównego dania, dostawaliśmy pewnego rodzaju przystawki – chleb (najczęściej typu pita) oraz coś do niego. Nawet zamawiając przystawki z karty dań, oprócz nich praktycznie zawsze na stole pojawiało się coś ekstra.

Pracownicy restauracji dbają o klienta – w razie braku chleba donoszą więcej, często oferują darmowy napój przed wyjściem. Oczywiście w dobrym geście jest zaoferować wtedy sensowny napiwek. Lepsze restauracje wliczają napiwek w cenę, jest on stałą częścią rachunku i pomimo to, wciąż oferują „gratisy”. Ogólnie odniosłam wrażenie, że w Turcji jedzenie ma o większe znaczenie dla ludzi, niż w EU. Nawet w tym niedługim locie z Turkish Airlines wszyscy pasażerowie otrzymali naprawdę porządny posiłek, nie dopłacając nic do ceny biletu.

Wbrew obiegowej opinii, wegetarianin też może dobrze zjeść w Stambule.
Herbata w Turcji zdefiniowana jest poprzez dokładnie taki format szklanki. Źródło zdjęcia.

7. Turecka herbata

Niektórzy pewnie wiedzą, inni nie – jestem ogromną fanką herbaty. Z tego powodu, postanowiłam poświęcić jej osobny temat. Herbata w tureckich restauracjach czy knajpach przybiera dwie formy – herbaty zwykłej oraz owocowej. Niezależnie od miejsca i wyboru, zawsze serwowana jest w bardzo konkretnym naczyniu – małej szklaneczce o kształcie zbliżonym do miniaturowego wazonu bez rączki. W Turcji niemożliwym wydaje się wypicie herbaty z czegokolwiek innego, forma szklanki mówi sama za siebie, że zawiera ona herbatę.

Choć naprawdę ujął mnie ten zwyczaj, nie zdecydowałam się kupić takiego typu zestawu do herbaty dla siebie na pamiątkę. Głównym argumentem jest oczywiście to, że ja herbatę piję litrami, a dzbanuszki te pomieszczą zaledwie kilka łyków.

8. Jadalne kasztany, prażona kukurydza

W najbardziej turystycznych miejscach ten zapach będzie zdecydowanie wyróżniał się spośród innych: świeżo smażone kasztany w mobilnej budce, sprzedawane w niewielkich papierowych saszetkach. Zdecydowanie warto spróbować tego przysmaku.

9. Ekspozycje rzeźb na zewnątrz

Przed Hagią Sophią, w obrębie terenu muzeum, stoją sobie luzem antyki. Fragmenty kolumn czy rzeźb opisane są jako pozostałości z drugiej Hagii (obecna jest trzecia), datowane na V czy VI wiek. Choć oczywiste jest, że są to eksponaty muzealne, niektórzy turyści nie widzą niczego złego w traktowaniu ich jako ławki.

Większa galeria rzeźb na świeżym powietrzu znajduje się w Muzeum Archeologicznym. Stanowią one swojego rodzaju ogród, a przechodzenie pomiędzy nimi sprawia niesamowite wrażenie. Być może nie mają one znaczącej wartości historycznej ze względu na zły stan zachowania lub powtarzalność. Mimo to nie widziałam podobnej galerii gdziekolwiek indziej.

Muzeum Archeologiczne

10. Nie uciekniesz od naganiacza

Spacerując w typowo turystycznych miejscach, nie sposób odpędzić się od naganiaczy, zapraszających do swoich sklepów czy restauracji. Taki walor tego miejsca. Najgorsze, co możesz wtedy odpowiedzieć to „może następnym razem”. Człowiek potraktuje te słowa jako przysięgę i zdecydowanie wyniucha cię w tłumie, kiedy przypadkiem ponownie znajdziesz się w pobliżu jego biznesu. Jeśli jeszcze zdążył wyciągnąć od Ciebie Twoje imię, możesz spodziewać się, że dokładnie po nim cię zawoła, nie robiąc przy tym prawie żadnych błędów w wymowie.

Niech jeszcze rozmowa stoczy się na twój kraj pochodzenia (o co zostaniesz zapytany jeszcze zanim zdążysz się dowiedzieć, co sklepikarz tak właściwie sprzedaje), a usłyszysz całą historię jego przywiązania lub wspomnień związanych z Polską. Niezależnie, czy facet rzeczywiście spędził tam pół roku, pracując w budce z fast foodem, czy wyjechał na Erasmusa, a może członkowie jego licznej rodziny tam mieszkają, z pewnością usłyszysz kilka podstawowych polskich zwrotów lub nazw miast. Jestem ciekawa, w ilu językach przygotowana jest podobna historia.

Na tym chciałabym zakończyć, jednak lista zdecydowanie mogłaby być dłuższa. Mogłabym opisać, co szczególnie minęło się z moimi oczekiwaniami lub przeczuciami. Choć unikam stereotypów i staram się dość luźno interpretować to, co czytam, trudno mi powiedzieć, że nie miałam żadnego wyobrażenia o współczesnym Stambule przed jego odwiedzeniem. Niektóre rzeczy zaskoczyły mnie naprawdę pozytywnie: chociażby układ samego miasta, powiązanie ważnych jego części bardzo logiczną siatką komunikacji publicznej. Inne, jak chociażby naganiacze restauracyjni, trochę mnie zmęczyły i ułatwiły pogodzenie się z końcem przygody. Nie żałuję jednak ani dnia spędzonego w tym mieście i z pewnością kiedyś tam wrócę.

Więcej