Miesiąc: Wrzesień 2016

Copernicon 2016

Copernicon był w tym roku raczej na mojej liście marzeń, a nie planów. Nawał obowiązków na początku września rzucał cień na szanse mojego wyjazdu do Torunia. Już od początku wiedziałam, że jeśli się nie uda, to będę żałować. Zeszłoroczny Copernicon był wspaniały, miał wszystkie cechy dobrego konwentu – miejsce, ludzi i atrakcje, a przy okazji był naprawdę porządnie zorganizowany. Był też ostatnim konwentem, na którym się pojawiłam. Tak, brak czasu zdecydowanie wpływa na możliwość wyjazdów w weekendy. Trójmiejska oferta wydarzeń tego typu jest o dziwo bardzo biedna. Powstają małe konwenty, głównie nastawione na mangę i anime, jest też festiwal GRAMY, zlokalizowany na targach, więc w nieprzyjaznym dla gracza miejscu. Copernicon za to ma zawsze bogaty program, a jego miejscem są budynki uniwersytetu i szkół. To tworzy wspaniały klimat wydarzenia rozlewającego się na całe stare miasto… Nie, nie mogłam sobie tego odpuścić. I o dziwo się udało!

copernicon 2016

Chociaż konwent rozpoczynał się dopiero o 16:00, ja wsiadłam do pierwszego porannego pociągu, aby być na miejscu jak najwcześniej. Dobrze wiem, co potrafi zepsuć brak preakredytacji – a przecież nie chciałabym spędzić połowy pierwszego dnia w kolejce. Drugim powodem wcześniejszego przyjazdu była chęć pozwiedzania pięknego Torunia. Być w tym pięknym mieście i nie przejść się spokojnie po średniowiecznych uliczkach – to byłaby zbrodnia. Z dworca głównego również postanowiłam dotrzeć co centrum miasta na piechotę. Główną atrakcją tego spaceru okazał się wspaniały, niekończący się most, z przepięknym widokiem na panoramę miasta. Przed festiwalem udało mi się jeszcze zaliczyć wystawy w Centrum Sztuki Współczesnej. Mocne, wyzywające prace tureckich artystów oraz ciekawe typograficznie ukraińskie plakaty – jeśli będziecie w Toruniu, to zdecydowanie warto tam zajrzeć.

A potem zaczął się konwent i już nic nie istniało, poza bogatym planem atrakcji. Cały Copernicon – zbyt wiele się dzieje, aby być na wszystkich prelekcjach i panelach, aby spotkać się ze wszystkimi osobami, żeby w pełni skorzystać z oferty LARPów, erpegów czy gamesroomu. Trudno wybrać z dwustronnej (A3) tabelki dostępnych punktów programu, zlokalizowanych w paru różnych budynkach. Początkowo denerwowało mnie to rozrzucenie obiektów konwentu, ale szybko dostrzegłam i pozytywne strony – po pierwsze, to wymuszało okazjonalne wyjście na zewnątrz, tak potrzebne dla człowieka wiecznie siedzącego. Po drugie, powiedziałabym, że ważniejsze – uczestniczyło w procesie wyboru punktów programu. Nie mogąc się zdecydować pomiędzy kilkoma atrakcjami, wybierałam tą, która jest bliżej, na którą się nie spóźnię. Tutaj warto zaznaczyć, że na Coperniconie plan godzinowy jest praktycznie studencki, czyli 45 minut + 15 przerwy. Tak powinno być na każdym konwencie – dzięki temu praktycznie nie było osób dochodzących po rozpoczęciu prelekcji.

Największą – i chyba jedyną poważną – wadą tegorocznego Coperniconu był brak budynku Collegium Maius, najbardziej klimatycznego i niezwykłego miejsca zeszłorocznego wydarzenia. Fantastycznych LARPów w rozległych piwnicach nic nie zastąpi, za to planszówkom było zdecydowanie lepiej na parterze CSW niż w ciasnych korytarzach gmachu uczelni. Pozostałe budynki spełniły swoje zadanie. Nie zliczę ile razy przebyłam drogę pomiędzy gimnazjum, „mat-infem”, Collegium Minus i CSW czy Młodzieżowym Domem Kultury i liceum obok. Może by mnie to denerwowało, gdyby pogoda nie dopisała albo Toruń nie był tym pięknym Toruniem… ale nie, chodzony konwent Copernicon to jednak to co do mnie przemawia najbardziej. Wszystko tylko nie wydarzenie zamknięte w pudle targów.

Copernicon, tak jak w zeszłym roku, przemyślany był idealnie. Stoiska ze sklepikami umieszczono w wydzielonej strefie, dzięki czemu nie przeszkadzały w poruszaniu się po miejscu konwentu. Planszówki na rozległym parterze CSW, oferującym bardzo dużo miejsca, a przy okazji skupiającym graczy. Bloki tematyczne rozplanowane po budynkach według podobieństwa, czyli na przykład literackie obok popkulturowych, popularno-naukowe obok konkursowych i planszówkowych. Rozpiska była bardzo czytelna, choć brakowało w niej rubryki, która informowałaby o zlokalizowaniu danej sali w konkretnym budynku. Dodatkową atrakcją były darmowe pokazy filmowe, na które niestety zabrakło mi czasu. Obawiam się też, że bez wyjątkowego skupienia, łatwo zasnęłabym nawet na najlepszym filmie po tej minimalnej dawce snu, jaką byłam w stanie poświęcić podczas konwentu.

Z bloków programowych szczególnie przykuł mnie ten planszówkowy. Na warsztaty z tworzenia gier, prowadzone przez Macieja Jesionowskiego mogłabym chodzić codziennie, natomiast prelekcja o uprzedzeniach w planszówkowym świecie, prowadzona przez Łukasza „UncleLiona” Juszczaka, przedstawiła więcej ciekawych informacji niż można się było spodziewać po tylko 45 minutach. Innym ciekawym wykładem, którego wysłuchałam, były „Mechaniki dawnych gier planszowych” Grzegorza „Lindala” Laskowskiego. Także gamesroom planszówkowy był świetnie wyposażony i konkursów nie brakowało. Przedstawiciele wydawnictw chętnie tłumaczyli zasady poszczególnych gier.

Program sal literackich i popkulturowych wypełniony był po brzegi. Najbardziej utkwiły mi w pamięci prezentacje „Dlaczego tak rzadko zapraszamy logikę do fantastycznych światów?” Łukasza „Sasa” Sasuły oraz „Hard SF – literatura dla wybranych” Leszka Błaszkiewicza. Dokładnie takich prelekcji oczekiwałam po tegorocznym Coperniconie.

Zupełnie przez przypadek trafiłam też na jeden cosplayowy wykład (jeśli zobaczycie mnie kiedyś w przebraniu za postać z dowolnego fandomu, wiedzcie, że koniec świata jest bliski), a mianowicie „Szycie dla Bystrzaków” poprowadzony przez duet Magic & Twoja Mama. Dziewczyny przedstawiły mnóstwo różnych materiałów, ich zastosowanie, właściwości i ceny. Szczerze mówiąc, do tej pory nie wiedziałam, że aż tak mało wiem o krawiectwie. Ach poszyłabym sobie, gdybym miała tylko odrobinę więcej czasu w życiu!

Jedną z najważniejszych rzeczy w konwentowym świecie są dla mnie zawsze LARPy. Dla niewtajemniczonych – zabawy polegające na wcielenie się w postać opisaną na karteczce od mistrza gry i poprzez interakcje z pozostałymi uczestnikami, osiągnięcie swoich celów. Zawsze byłam beznadziejna z aktorstwa, jednak coś zostało mi z czasów kiedy miało ono dla mnie duże znaczenie i jeszcze nie wiedziałam, że nic z tego nie będzie. W sumie uczestniczyłam w trzech LARPach – „Tam, gdzie wyją wilki” poprowadzonym przez Reszkę, „Zimowisko z Duchami” Tomasza Vali Kwarcińskiego oraz „ISS O7 Odyseusz: Pierwszy Kontakt” Grzegorza „Grzelicha” Hellicha. Wszystkie trzy miały ciekawą fabułę i były świetnie poprowadzone. Poza tym, zawsze fascynuje mnie ta umiejętność oderwania się od rzeczywistości, posiadana przez zdecydowana większość graczy, nawet tych którzy uczestniczą po raz pierwszy. Szczególnie podziwiam dziewczynę, z którą spotkałam się na powyższych LARPach, która w pierwszym z nich była drugą służącą w budynku, będącym miejscem akcji, natomiast w drugim przebojową nastolatką. Naprawdę takich zdolności aktorskich to nawet w kinie dawno nie widziałam.

Ostatniego dnia konwentu byłam już tak zainspirowana i jednocześnie zmęczona, że postanowiłam pozostać w budynku CSW, pograć w planszówki czy pozwiedzać stoiska z nadzieją, że znajdę jakąś perełkę na wyprzedażach związanych z końcem targów. W ten sposób nabyłam przepiękny pierścionek-zegarek na stoisku Filcarium. Na coperniconową koszulkę funduszy już nie wystarczyło, za to zaopatrzyłam się w sygnowany gotyckim „C” otwieracz do piwa. Zawsze to bardziej przydatny gadżet niż niemal identyczna kształtem przypinka.

Ponieważ powrotny pociąg miałam dość późno, postanowiłam znowu przejść się długim mostem na dworzec. Toruń oddalał się za moimi plecami, a ja powoli (choć nie aż tak bardzo, jak na PKP) oddalałam się do pozakonwentowej rzeczywistości.

copernicon 2016
Więcej

Projektowanie bez wykluczania #1

Projektując, architekt często próbuje w wyobraźni wejść w skórę odbiorcy swojego dzieła. Myśli wtedy: jak ja bym się czuł, odwiedzając to miejsce w takim a nie innym celu? Jakie emocje by mi towarzyszyły, gdybym stanął przed tym budynkiem, nie wiedząc jeszcze, co znajduje się w środku. W jaki sposób poruszałbym się po nim, gdzie szukałbym przestrzeni będących celem mojej wizyty? Czy żaden element obiektu nie budziłby we mnie niechęci, nie powodował rezygnacji z korzystania?

Jak rzadko natomiast w myślach architekta pojawia się pytanie: czy budynek byłby dla mnie wygodny, gdybym poruszał się na wózku inwalidzkim?

projektowanie bez wykluczania

Wbrew pozorom, łatwo zaprojektować coś, co spodoba się większości. Nawet mając ograniczony budżet, wystarczy pokierować się typowymi dla funkcji formami. Wtedy mało kto odważy się powiedzieć, że coś jest nie tak z tym budynkiem. O wiele trudniej jest pamiętać o tych nielicznych, którzy potrzebują innego rodzaju udogodnień. Niestety przykładów takiego zaniedbania jest w Polsce aż żenująco zbyt wiele. Myślę, że większość osób ich nie dostrzega – tak samo jak nieczytający nie wie, gdzie jest pobliska biblioteka, a dziecko ile kosztuje chleb. Dlatego postanowiłam porozmawiać o tym z osobą, której ten problem bezpośrednio dotyczy.

Ola ma 21 lat i studiuje pedagogikę elementarną z terapią pedagogiczną. Z powodu ciężkiej choroby, od urodzenia porusza się na wózku. Wśród jej zainteresowań są literatura, rysowanie, zwierzęta, ale także i fotografia. To właśnie jej zdjęcia wzbogacają ten wpis i doskonale ilustrują omawiany problem – tak jak powinno się na niego spojrzeć, czyli z jej perspektywy.

Postanowiłyśmy wspólnymi siłami ocenić, jak w Polsce wygląda sytuacja projektowania miejsc dostępnych dla osób poruszających się na wózkach. Udało nam się znaleźć wiele przykładów źle zaprojektowanych wejść do budynków. Trudno zliczyć, do ilu sklepów czy instytucji osoba niepełnosprawna nie ma szansy dostać się w ogóle. Innym ciekawym zjawiskiem były przestrzenie, gdzie widać, że ktoś już nawet pomyślał o ich dostępności, ale nie zastanowił się konkretniej nad jej realizacją. Zbyt strome pochylnie, ciasne, bez poręczy, kończące się bez spocznika prosto na drzwiach. Równie dobrze można było umieścić w tym miejscu schody – w obu przypadkach taki budynek nie jest dostępny dla osoby poruszającej się na wózku.

Drugim tematem są miejsca publiczne – parki, place, drogi. Tutaj sytuacja jest z roku na rok wyraźnie coraz lepsza. Do starych wiaduktów dobudowane są windy, w tunelach pojawiają się pochylnie z poręczami. Wciąż jest jednak mnóstwo miejsc, które nie doczekały podobnych zmian. Olu, czy masz podobne wrażenie, że jest lepiej niż było parę, paręnaście lat temu?

Ola: I tak i nie. Rzeczywiście coraz więcej budynków, nawet tych starych jest wyposażanych w podjazdy, windy i tym podobny sprzęt. Ludzie powoli zaczynają rozumieć że to podstawowe wyposażenie budynku a nie czyjeś wygórowane potrzeby. Jednak czasami spotykam się z takimi rozwiązaniami w budynkach że nie wiem czy śmiać się czy płakać. Niektórzy sądzą np. że podniesienie osoby niepełnosprawnej z wózkiem i przeniesienie przez parę stopni to normalna rzecz. A tymczasem jest to dość niebezpieczne i niekomfortowe dla tej osoby.

podjazd2

Podjazd do cukerni „Sowa” w Wągrowcu / zdjęcie: Ola

Patrząc na powyższe zdjęcia podjazdu można pomyśleć, że wszystko z nim w porządku. Nachylenie jest niewielkie, a krawędź, dla lepszego rozpoznania przy gorszym świetle, zaznaczono białą farbą. Nic bardziej mylnego – pomimo tych kilku dobrych cech, pochylnia ma więcej wad niż zalet.
Ola: Podjazd jest za wąski, mój wózek (który i tak jest bardzo wąski, bo robiony na wymiar) nie mieści się na nim. Dodatkowo brak barierek. Od tej strony gdzie jest mur nie ma szans, żeby wsadzić rękę do koła.

Porozmawiajmy o miejscach niedostępnych, nieprzyjaznych dla osoby poruszającej się na wózku. Z jakimi problemami spotykasz się najczęściej? Czy bardzo często one występują?
Ola: Z roku na rok jest coraz lepiej, jednak nie jest idealnie. W miejscach gdzie zwykle się poruszam niestety wiele miejsc nie jest dla mnie przystosowanych. Najczęściej brakuje podjazdów lub są one źle wykonane, między regałami w sklepach jest za mało miejsca, krawężniki są za wysokie. Często niestety zdrowi ludzie nie mogą zrozumieć tego, że nawet drobne rzeczy mogą mi przeszkadzać w poruszaniu się. Dopiero po zwróceniu uwagi otwierają im się oczy i widzą co robią źle.

Jaka jest najbardziej absurdalna sytuacja, z jaką się spotkałaś, jeśli chodzi o dostępność budynków dla osób niepełnosprawnych?
Ola: Kiedyś trafiłam do łazienki, która okazała się być składzikiem na mopy i drabiny, ale kelnerka twierdziła, że można jej używać i wszystko jest ok. Następną sytuacją może być ta, kiedy parę lat temu, w styczniu, udałam się do ZUS-u i podjazd nie został odśnieżony, a schody już tak. Dodam tylko, że zalegał śnieg na nim z kilku dni. Kilka tygodni temu jedna z cukierni w moim rodzinnym mieście zrobiła remont, podczas którego podjazd został zlikwidowany, a na jego miejscu zrobiono taras. Nowy podjazd nie nadaje się do użytkowania, ponieważ jest za wąski.

Niestety – nawet jeśli coś jest zaprojektowane poprawnie, to często po oddaniu budynku do użytku, inwestor przestaje się przejmować dostępnością. Ale porozmawiajmy też o złych projektach. Ja osobiście na co dzień mam do czynienia z jedną dziwną sytuacją – w znanym mi budynku umieszczona jest toaleta przystosowana do używania przez osoby niepełnosprawne… ale znajduje się na piętrze, do którego prowadzą wyłącznie schody – trzy pełne biegi. Odnoszę wrażenie, że komuś zależało na tym, aby toaleta nie musiała posiadać przedsionka, a ten obowiązek nie dotyczy właśnie tych przystosowanych. Innym przykładem jest podjazd przedstawiony na poniższym zdjęciu. Nie mam pojęcia, dla kogo został on zaprojektowany, ale nie sądzę, aby do sklepu często wjeżdżali rowerzyści. Myślę, że nawet matce z wózkiem byłoby trudno wtaszczyć wózek po takiej pochylni do połowy drzwi (jak by je wtedy otworzyła?). Co ma więc powiedzieć osoba niepełnosprawna? Ja osobiście nie wiem, czy traktować to jako brak wiedzy, konieczność spełnienia jednego z przepisów na siłę, czy jakiś wyjątkowo nieśmieszny dowcip.

podjazd

Zbyt duże nachylenie, za mała szerokość podjazdu, brak poręczy, za którą można się złapać – często te cechy występują jednocześnie. Czy to wszystkie cechy złego podjazdu, czy o czymś zapomniałam?
Ola: Kolejną, złą cechą podjazdu jest nawierzchnia wykonaną ze złego materiału np. bardzo śliskie płytki. Nierzadko też podjazd jest za krótki i za stromy jednocześnie.

A to tylko część wejściowa! Czy często zdarza Ci się trafiać na budynki, których układ pomieszczeń i komunikacji został zaprojektowany tak, aby nie dało się komfortowo z nich korzystać?
Ola: Zależy to od tego gdzie akurat udaję się, gdzie przebywam. Sądzę, że w dużych miastach, np. w Poznaniu, jest więcej miejsc przystosowanych do osób niepełnosprawnych. W małych miejscowościach częściej natrafiam na liczne utrudnienia. Zdawało by się, że to nowe budynki są bardziej przystosowane, ale jednak często spotykam się z tym, że w starych budynkach są zakładane windy czy budowane podjazdy.

Zbyt ciasne korytarze, brak pola manewrowego do zakręcania lub winda umieszczona na przeciwnym końcu budynku co drzwi – aby to zobaczyć w myślach, trzeba niestety mieć lepszą pamięć niż wyobraźnię.

kuzynka

Poznań / zdjęcie: kuzynka Oli, Marta
Nazwać to karykaturą to niedopowiedzenie.

Żyjemy w XXI wieku, chyba najwyższa pora zacząć zachowywać się po ludzku i przestać wykluczać tych, którzy mają trochę inne potrzeby. Swój apel kierują głównie do inwestorów, często skąpiących każdy grosz – ale i do architektów, którzy powinni przede wszystkim starać się o dobre imię swoich dzieł. A takiego na pewno nie otrzyma obiekt utrudniający życie swoim użytkownikom. Do czytelnika mojego bloga mam natomiast prośbę – rozejrzyj się i oceń, czy Twoje ulubione miejsca są przyjazne dla osób poruszających się na wózku. Nie musisz nic robić, po prostu o tym pomyśl. Niech ta sprawa stanie się chociaż przez chwilę ważna.

Na zakończenie tego wpisu, kilka pozytywnych przykładów:

podjazd3

Szeroki podjazd, posiadający niezbędną barierkę / zdjęcie: Ola

projektowanie bez wykluczania
projektowanie bez wykluczania

Zjazd nad jeziorio Durowskie, również Wągrowiec. Pomimo zieleni wychodzącej na chodnik i pojawiających się gdzieniegdzie wystających kostek, bardzo wygodny dla osoby poruszającej się na wózku. / zdjęcia: Ola

Wpis powstał jako pierwsza część serii “Projektowanie bez wykluczania”. W niedalekiej przyszłości pojawią się kolejne tematy. Obecnie opracowuję warunki techniczne dotyczące projektowania z dostępnością dla osób niepełnosprawnych. Oczekujcie niemałej infografiki na ten temat. Później, wraz z Olą porozmawiamy o tym, jak przystosować mieszkanie lub pokój hotelowy dla osoby niepełnosprawnej. Jeśli projekt bardziej się rozrośnie, a mi uda się znaleźć więcej osób chętnych do pomocy, pojawią się także wpisy opowiadające o architekturze w kontekście innych niepełnosprawności niż ruchowa. Uważam ten cykl za jeden z ważniejszych, a z pewnością najbardziej wartościowych w historii tego bloga.

Zapraszam Was też do śledzenia Oli na Twitterze i Instagramie.

projektowanie bez wykluczania

Zdjęcie wykorzystane także w nagłówku wpisu, autorstwa Oli

Więcej

Podróż do Finlandii – o czym warto wiedzieć?

Mając do wyboru nieskończoną liczbę pięknych miejsc na świecie, równie niepoliczalną prawie na wyciągnięcie ręki, a łatwo dostępnych co najmniej kilkaset… jak tu wybrać ten jeden kierunek? Padło na Finlandię i był to strzał w dziesiątkę. Cztery dni w tym pięknym kraju, w tym trzy w jego stolicy, zaowocowały w niesamowite przeżycia, mnóstwo pięknych chwil i kompletny brak stresu – nawet pomimo nieznajomości języka.

Podróż do Finlandii

Trudno policzyć ile takich wysepek z uroczymi domkami lub saunami znajduje się na terenie Helsinek

Dlaczego Finlandia?

Kocham piękną architekturę i spacery po muzealnych wystawach. Mając bardzo ograniczony czas na podróż, ostatnim na co chciałabym go przeznaczyć jest stanie w kolejce czy przepychanie się przez tłum. Łatwość zaplanowania takiej podróży była kolejnym powodem. Jednak najważniejszym motywem okazała się ciekawość – jak wygląda kraj, który z jednej strony jest jak najbardziej europejski, a z drugiej posiada dość indywidualną kulturę. Historycznie, miejsce to bywało częścią Szwecji i Rosji, zaś własnej narodowości, stało się pięknym krajem o wyjątkowej przyrodzie, niemniej interesującej zabudowie, pełnym ciekawych miejsc do odkrycia i zamieszkałym przez naprawdę miłych ludzi. Cztery dni to stosunkowo mało, aby je poznać, lecz dostatecznie dużo, aby się przekonać, że to kraj w którym chce się być.

Podróż do Finlandii

Widok spod katedry w Helsinkach

Oto początek krótkiej serii wpisów o tym, co warto zobaczyć w Helsinkach i Turku, czego można się spodziewać w Finlandii i jak przygotować się do takiej podróży.

Najłatwiejsze połączenie z tym pięknym krajem zapewnia oczywiście lot samolotem. Do Turku można dolecieć bezpośrednio z Gdańska linią WizzAir za kilkadziesiąt złotych, jeśli kupi się bilet z odpowiednim wyprzedzeniem. Lotnisko znajduje się w odległości kilku kilometrów od centrum miasta – odległość tę można pokonać autobusem miejskim (Föli) linii 1. Na drugim końcu tej trasy znajduje się największa atrakcja turystyczna miasta – średniowieczno-renesansowy zamek. Bilet dwugodzinny dla osoby dorosłej kosztuje €3, natomiast 24-godzinny €7.50, oba można kupić u kierowcy.

Poruszając się pomiędzy fińskimi miastami, można skorzystać z licznych połączeń kolejowych, lotniczych lub autobusowych. Najtańszą opcją okazał się OnniBus, który… jest „fińskim PolskimBusem”. Oprócz identycznej identyfikacji wizualnej, tych samych modeli samochodów, a także i oferty (bilety od € 1), identyczne są zasady korzystania z autobusu. Należy przyjść kwadrans przed godziną odjazdu, mieć przy sobie wydrukowany bilet, w autobusie dostępne jest darmowe WiFi, gniazdka oraz toaleta.

W Helsinkach autobus zatrzymuje się w Kamppi (Kampen). Jest to kompleks budynków umieszczonych w śródmieściu Helsinek. Dwa piętra przystanków autobusowych, stacja metra, ogromna powierzchnia usługowo-handlowa, biura, hotele i chyba wszystko czego można potrzebować, w jednym miejscu. Wbrew komercyjnemu charakterowi, jest to naprawdę przyjazne miejsce, o dużej dostępności, z bardzo logicznym rozkładem wewnętrznych korytarzy. Budynki Kamppi otulają rozległy, tętniący życiem plac. Tam też zlokalizowany jest nietypowy obiekt, przypominający z zewnątrz złote jajo. Jest to tak zwana Kaplica Ciszy (Kampin kappeli, Kampens kapell). Wykonane z drewna dzieło autorstwa K2s Architects zdecydowanie zwraca na siebie uwagę.

Podróż do Finlandii

Podróż do wnętrza Ziemi, a konkretniej, do helsińskiego metra

Podróż do Finlandii

Stacja metra przy uniwersytecie

Nie jest to jednak serce Helsinek. Stanowi je port i zabudowa wokół niego. Dwie ogromne świątynie oraz plac otoczony klasycystycznymi i modernistycznymi budowlami (czyż nie jest to przepiękne połączenie architektoniczne?) reprezentacyjnymi, następnie zaś tafla wody, poprzerywana małymi wysepkami. Tylko wsiąść na prom i popłynąć w ich stronę, co oczywiście nie jest niczym niemożliwym, ponieważ… na prom można wejść z takim samym biletem jak do autobusu, metra czy tramwaju. My skorzystaliśmy z oferty HelsinkiCard – karty oferującej darmowe lub obniżone cenowo wstępy do wszystkich muzeów, darmową komunikację publiczną oraz bardzo liczne atrakcje, z których chętnie korzystaliśmy. Miasta portowe mają swoją magię, której nie da się opisać, ale którą bardzo łatwo poczuć, widząc oddalające się budynki podczas słuchania chlupotu fal uderzających o burtę.

Podróż do Finlandii

Katedra góruje nad miastem

Na sześciu wyspach, oddalonych o jakąś milę morską od helsińskiego portu, znajduje się niesamowita twierdza Suomenlinna, przy której Wisłoujście to zameczek z piasku. Ogromne (choć w planach jeszcze większe) dzieło Szwedów, rozbudowane przez Rosjan, pełne historycznych miejsc, punktów widokowych i muzeów opowiadających o jego powstaniu – a dla osób szukających innego rodzaju rozrywki – restauracji oraz klubów. Zdecydowanie obowiązkowy punkt podczas wycieczki do Helsinek. Kolejnym celem do „odhaczenia” jest wyspa zlokalizowana po przeciwnej stronie miasta – Seurasaari, mieszcząca skansen pełen fińskich chatek, domków i innych obiektów z ostatnich trzystu lat. W Helsinkach naprawdę jest co zwiedzać. Czy wymieniłam muzea?

Podróż do Finlandii

Suomenlinna

Podróż do Finlandii

Na Seurasaari

Teraz czas na garść praktycznych informacji:

W Finlandii obowiązują dwa języki – fiński i szwedzki. Wszelkie oznaczenia, nazwy przystanków, teksty na produktach w sklepach występują właśnie po fińsku i szwedzku. Mimo to, zarówno w Helsinkach, jak i w Turku, każdy napotkany przez nas Fin doskonale radził sobie z językiem angielskim i chętnie udzielał wskazówek albo pomocy. We wszystkich muzeach i galeriach podpisy były przetłumaczone na język angielski, tak samo jak szczególnie ważne komunikaty. Jest to ważne głównie dlatego, że język fiński nie przypomina w żadnym stopniu innych języków europejskich (z wyjątkiem estońskiego), natomiast w szwedzkim podobieństwo to jest dość niewielkie (choć pomocne, np. słowo „flygstation”). Tylko dwie fińskie nazwy zabrzmiały dla nas znajomo: apteekki (apteka) i kioski (kiosk). Bardziej spodziewajcie się nazw typu yliopisto (uniwersytet) czy rautatieasema (stacja kolejowa).

Podróż do Finlandii

Rautatieasema

Niezwykłą cechą fińskich ulic jest to, że pieszy ma zawsze pierwszeństwo. Na skrzyżowaniach nie trzeba czekać, ponieważ wszystkie samochody zatrzymują się, jeśli tylko kierowca zobaczy, że ktoś chce przejść. Początkowo myślałam, że to cecha jedynie śródmieścia – później okazało się, że nie inaczej jest trochę dalej od centrum miasta. Dużo jest rowerzystów, są i rowery miejskie. Cykliści przeprowadzają rowery przez pasy i jeżdżą zupełnie przepisowo. Tramwaje jeżdżą powoli i przepuszczają wszystkich innych uczestników ruchu, w tym samochody osobowe. Ponieważ tory tramwajowe często zakręcają, pojazdy mają bardzo wiele przegubów, co tworzy ich szczególną estetykę. W Helsinkach bilety na komunikację publiczną (w tym prom) kasuje się przykładając do ujednoliconego, wyglądającego wszędzie identycznie, urządzenia. W zależności od środka transportu, urządzenie to spotkać można wewnątrz pojazdu (autobusy, tramwaje), lub na przystanku (metro, prom). W Turku, natomiast, bilet należy pokazać kierowcy, wchodząc przednimi drzwiami.

Podróż do Finlandii

Komunikacja publiczna jest bardzo rozwinięta w Finlandii, chętnie korzystają z niej ludzie w każdym wieku

Gniazdka zasilające są zbliżone do tych w Polsce. Zamiast bolca uziemiającego, znajdują się w nich dwa paski uziemiające z góry i z dołu. Gniazdka te, jak zresztą i parametry prądu w fińskich gniazdkach są w pełni kompatybilne z używanymi w Polsce urządzeniami elektronicznymi [dzięki Piotrek za korektę!] Piętra budynków, natomiast, liczy się od 1, czyli 1 to parter, 2 to odpowiednio pierwsze piętro. Waluta to oczywiście euro.

Ceny w Finlandii są podobne do cen w Belgii (nasza poprzednia podróż). Pocztówki na ogół kosztują € 1, choć zdarzają się też takie w przedziale €0.10-5.00. Obiady w barach kosztują zwykle kilkanaście euro. Noc w hotelu wynosi od kilkudziesięciu euro za pokój. Bilety wstępu do muzeów i innych obiektów to koszt do kilkunastu euro, najczęściej €4.00-9.00. Jako „bilet wstępu” często otrzymuje się naklejkę, którą należy umieścić w widocznym miejscu.

W mieście można znaleźć supermarkety m.in. Lidl, K-Market i S-market. My robiliśmy zakupy w dwóch ostatnich. Kilka słów o fińskich produktach:

  • fińskie mleko (od €1) jest wzbogacane w witaminę D i jest przepyszne
  • masło solone (€2), również bardziej mi pasuje niż polskie
  • jaja są myte, śnieżnobiałe, oznacza to że trzeba je szybciej zjeść po zakupie (i koniecznie trzymać w lodówce)
  • fasola, groch, pomidory w puszce można znaleźć poniżej €1, za to są w kartoniku
  • wodę butelkową wystarczy kupić raz podczas podróży – nikogo nie dziwi widok osoby nalewającej do butelki kranówkę, ponieważ jest ona na ogół smaczna i czysta
  • na wszystkie puszki naliczana jest kaucja – nie tylko na puszki z piwem, podobnie jak zresztą na plastikowe butelki
  • ceny w ogólności są znacznie wyższe niż w Polsce, jednak najtańsze produkty są podobnej jakości (wysokiej) jaka w Polsce cechuje produkty „z wyższej półki”, o podobnej cenie
  • opisy produktów są na ogół tylko po fińsku i szwedzku, dlatego osoby uczulone na jakiś składnik powinny przetłumaczyć sobie jego nazwę; prawdopodobnie będzie on pogrubiony
Podróż do Finlandii

Zawartość kartonika na szczęście łatwo rozpoznać po zdjęciach

Finlandię warto też odwiedzić dla samej przyrody. Od razu po wyjściu z samolotu w Turku, poczuliśmy, że powietrze jest czyste i ładnie pachnie, lasem. Finlandia jest bardzo skalista, mimo to roślinność doskonale radzi sobie w obrastaniu kamiennego podłoża. Także człowiek nie daje się pokonać mniejszym i większym górom. Autostrada pomiędzy Turku a Helsinkami nie wije się pomiędzy górami, a przecina je. Typowym widokiem są więc wycięte ręką ludzką skalne ściany, często wysokości kilku kondygnacji. Droga prowadzi przez liczne lasy i jeziora, stanowiące charakterystyczny krajobraz tego pięknego kraju. Wspomnianych lasów i jezior z kolei najwięcej jest w środkowej części kraju, której my nie odwiedziliśmy.

Podróż do Finlandii

Typowa ulica w Finlandii

Wbrew temu co mogłoby się wydawać, przełom sierpnia i września w Finlandii nie był ani ciemny ani zimny. Pogoda dopisała nam o wiele bardziej, niż przez poprzednie dwa miesiące w Gdyni. Temperatura za dnia wahała się pomiędzy 14 a 19 stopniami Celsjusza, czyli nawet nie wymagała cieplejszej kurtki czy swetra. Z całą pewnością czego innego można się spodziewać po miesiącach zimowych, zwłaszcza na północy kraju. Odwiedzając latem stolicę, natomiast, nie ma czego się bać, jeśli chodzi o temperaturę.

Czas lokalny w Finlandii różni się od o jedną godzinę. Z tego powodu na bilecie lotniczym można zobaczyć, że lot w jedną stronę trwa ponad dwie godziny, a w drugą zaledwie dziesięć minut. W rzeczywistości w samolocie w obu przypadkach spędzi się ok. godziny i dziesięciu minut. Od razu po przybyciu, trudno nie poczuć, że powietrze jest bardzo świeże i ma przyjemny, leśny zapach.

Osoby posiadające o wiele więcej czasu niż nasze cztery dni, mogą zainteresować się rejsem z Helsinek do Tallinna lub Petersburga. Oba miasta mają wygodne połączenie wodne z Finlandią i znajdują się w bardzo bliskiej odległości.

Planując wycieczkę do Finlandii, najlepiej przeznaczyć na same Helsinki co najmniej trzy dni. Jest to minimum, aby zobaczyć wszystkie najważniejsze miejsca, choć oczywiście im więcej czasu tym lepiej. Turku, jako poprzednia stolica, również ma wiele do zaoferowania. Gdyby nasza wyprawa trwała dłużej, z pewnością odwiedzilibyśmy miasto Tampere, a może nawet i Oulu, znajdujące się w centralnej części kraju. Finlandia jest niewiele większa od Polski, ale jej mroźna północ brzmi jak temat na poważną wyprawę, a nie turystyczną wycieczkę.

W kolejnych wpisach z fińskiej serii przedstawię miejsca, które odwiedziliśmy. Spodziewajcie się mnóstwa zdjęć!

Podróż do Finlandii
Więcej