Miesiąc: Październik 2015

JWB: Jesień

Jak bardzo nowa sytuacja życiowa i nieustanne zmiany mogą zamieszać w światopoglądzie człowieka? A może to po prostu dojrzewanie, doświadczanie coraz to nowych rzeczy i widoków, miało większy wpływ na zmianę podejścia do wielu spraw. Dzisiaj będzie o jesieni wieku – czymś, co jeszcze niedawno, zaraz obok pająków, porodów i otwartych ran mieściło się w grupie moich niezbyt licznych fobii. Nie było tam natomiast śmierci.


Zdjęcia do tego wpisu pochodzą z Parku Oliwskiego. Ich autorem jest jesień, ja tylko nacisnęłam przycisk.

Koniec życia wydawał mi się jeszcze parę lat temu czymś naturalnym, normalnym. Kiedyś wszyscy umrzemy, tak jak większość osób, która urodziła się przed nami. Jeśli jeszcze będziemy mieli szczęście, to zdarzy się to w sposób szybki i w miarę bezbolesny. Co będzie potem? Wszystko jedno – czy Niebo, czy piekło, czy to w co ja wierzę – czyli w powtórkę z rozrywki stanu, w jakim się było przed urodzeniem. Stanu Nieistnienia.

Starość natomiast – tego bałam się chyba najbardziej. Czasu, kiedy nie będę w stanie sama załatwić potrzeb fizjologicznych, nie będę pamiętać większości zdarzeń (już teraz muszę wszystko zapisywać), a dla ludzi, za wyjątkiem rówieśniczek, przestanę istnieć. Że będę tą osoba, której z powodu litości – a nie uprzejmości – trzeba ustąpić miejsca w autobusie. Najbardziej jednak w jesieni wieku przerażały mnie naturalne zmiany w hierarchii ważności. Tak jak w wieku parunastu lat wyrzuca się misie i zabawki, tak ja w nieustannie nadciągającej przyszłości miałabym wyrzucić cele, marzenia i ambicje. Schować się pod kocem i oglądać telenowele na Polsacie, zastanawiając się nad tym, co słodkiego by upiec na święta za 2 miesiące. Jeszcze parę lat temu miałam nadzieję, że do mojej starości eutanazja stanie się dozwolona w tym kraju i pozwoli mi darować sobie ten straszny czas. Kilka instytucji na pewno ucieszyłoby się z takiego biegu zdarzeń.

Nie wiem, kiedy nastąpiła zmiana, ale teraz kompletnie nie mogę zgodzić się z przemyśleniami powyżej. Gdyby nie to, że wiecznie wszystko zapisuję, być może zapomniałabym jak bardzo bałam się starości, a jak obojętną była mi śmierć.


W przeciwieństwie do wiosny, lata a nawet zimy – jesień nie ma wyraźnego zapachu. Całe piękno tej pory roku skupia się na wrażeniach estetycznych.

Myślę, że brakowało mi w życiu przykładów pięknej jesieni życia. Nie znałam ludzi, którzy mimo późnego wieku wciąż stawiali sobie nowe cele, realizowali je i spełniali marzenia. A te nie dotyczą tylko sportów ekstremalnych i ostrych potraw – jest tyle różnych ciekawych czynności, które wciąż można wykonywać pod koniec życia. Co więcej, przez te kilkadziesiąt lat, jakie mi jeszcze zostały (nie wykluczam, że coś mnie nie zabije gdzieś po drodze – po prostu tego nie zakładam) na pewno technologia rozwinie się do tego stopnia, że życie osób z różnymi utrudnieniami ruchowymi stanie się o wiele wygodniejsze niż dotychczas. Już teraz obserwuję, jak osoby niedowidzące posługują się specjalnymi telefonami, intuicyjnymi w obsłudze, a ułatwiającymi życie w mieście. Samo projektowanie przestrzeni w ostatnich latach przyjęło sobie za cel dostępność miejsc publicznych dla każdego, niezależnie od jego mobilności. Życie jest coraz łaskawsze dla osób powoli się z nim żegnających, wydaje się nie chcieć zachować po sobie samotnej szarości jako ostatniego wspomnienia.

Jeszcze jedną rzeczą, która mnie kiedyś zniechęcała do starości jest to wieczne mówienie, co wypada a co nie. Starsza pani powinna ubierać się z klasą, tylko w stonowane kolory, nie jest mile widziana w kinie, zwłaszcza na filmie targetowanym do młodszego widza; jej miejsce jest w przychodni zdrowia, w kościele albo w domu przed telewizorem… tylko że: czy ja się słucham „głosu tłumu”? Nawet teraz wiecznie słyszę, że kobieta powinna chodzić w szpilkach, mieć co najmniej jedną „małą czarną” w szafie, a w przerwach i w każdej możliwie wolnej chwili nieustannie poprawiać sobie makijaż. I potrafię te porady bez większego zastanowienia wrzucić do jednego śmietnika z całą resztą bełkotu specjalistów od cudzego życia. Czy parędziesiąt więcej lat na karku odebrałoby mi tą umiejętność i kazało z pokorą podporządkować się temu, co myślą inni? To chyba mało prawdopodobna odmiana w moim antykonformistycznym do tej pory życiu, gdzie byłam hipsterem jeszcze zanim to było popularne i zawsze starałam się tak dla zasady zrobić coś innego niż inni (dopiero ostatnio mi nie wychodzi i zgodnie ze współczesną tendencją poszłam na studia).

A może nigdy się nie zestarzeję – tak jak po paru latach od otrzymania dowodu osobistego, a potem świadectwa dojrzałości, nadal nie czuję się dorosła. Może kiedyś, w napływie nostalgii, znajdę gdzieś w odmętach piwnicy zakurzony komputer, ten o dziwo wciąż będzie jeszcze działać… włączę go i ze łzami w oczach odpalę jedną z ulubionych gier, spędzając na wspominaniu całe popołudnie.

Jakakolwiek nie będzie moja starość – przyjmę ją. I teraz wierzę, że stanie się przedłużeniem mojego życia, a nie jakąś transformacją w poczwarkę.

Słowo klucz: JESIEŃ. Serię Jesiennego Wyzwania postanowiłam poświęcić przemyśleniom związanym z moimi doświadczeniami i zainteresowaniami. Jesień to pora refleksji, spojrzenia na to co było – w końcu niedługo nowy rok, trzeba coś zamknąć, coś podsumować. A tu wciąż do głowy wracają kolejne wspomnienia, czasem łączące się ze sobą w dość nietypowy sposób i tworzące nowe wnioski.

Więcej

JWB: Szaro

Krótka obserwacja pozwoliła mi stwierdzić, że artyści kochają czerń, a architekci biel. Ja natomiast uwielbiam szarość, niekolor praktyczny, uniwersalny i przede wszystkim pozbawiony skojarzeń, które nie pasowałyby do mojej osoby. No może poza „barwą” betonu – materiału symbolicznie oznaczającego stałość, konserwatyzm, sztywność i surowość. Dzisiaj chciałabym przedstawić krótki tekst o tym materiale – jako że sama zmieniłam opinię na jego temat na o wiele bardziej pozytywną.

Zanim zaczęłam studiować, nie rozumiałam, dlaczego tak wielu architektów ubóstwia ten smutny, szary, materiał – coś, co mi kojarzyło się z pokruszonymi chodnikami, blokami kopiuj-wklej z wielkiej płyty, z dzielnicami o których powstają hip-hopowe piosenki i smutne wiersze. Nie rozumiałam tworów brutalizmu, surowych budowli, tak różnych od uwielbianych malowniczych domków ze skośnymi dachami i firankami w oknach. Być może była to kwestia małej wiedzy, niewyrobionego gustu, zbyt płytkiej analizy – teraz nie widzę już w estetyce betonu swojego wroga. Zaprzyjaźniłam się z nim, kiedy wykorzystałam elewację z betonu architektonicznego w swoim ostatnim dużym projekcie. Sa to cienkie płyty, które mogą występować zarówno jako gładka, jednolita powierzchnia, jak i fakturowana struktura, o dopasowanej formie (a nawet kolorze!) do konkretnego projektu. Beton nie musi być zakrywany czymś innym – to on może być elementem stanowiącym o estetyce danej budowli.

Zwłaszcza, że współczesny beton, dzięki najnowszym technologiom, może nabywać rozmaite formy, ale przede wszystkim cechy. Są na przykład betony przezierne (przepuszczające światło), są betony samozagęszczalne i samooczyszczające się. Są betony chłonące wodę. Najnowszy beton ciągliwy ułatwia tworzenie obłych form. Beton, mogący pełnić funkcję izolacji cieplnej (autoklawizowany beton komórkowy) za parę lat będzie już wiekowym rozwiązaniem. Obecnie betonowe budynki mogą być tworzone w technologii druku 3D, w mniej niż jeden dzień. Beton jest „sztucznym kamieniem”, do którego struktury można domieszać inny materiał – niekoniecznie tworząc tym „nagrobkowe” lastriko.

Najzwyklejszy beton, w swoim typowym szarym kolorze i regularnej fakturze, też ma swoje atuty. W projektowaniu wnętrz świetnie się sprawdza jako tło, w którym można umieścić akcent kolorystyczny – ale także pasuje do spokojnych, „refleksyjnych” przestrzeni, z jasnymi meblami, białymi ramkami na zdjęcia i pastelowymi tkaninami. Delikatny „wzorek” powierzchni betonu może harmonizować zarówno z wyraźnym deseniem, jak i z jednolitymi powierzchniami; może też stanowić element spajający, łagodzący kontakt pierwszego z drugim. Dobry beton jest materiałem czystym, minimalistycznym, bardzo eleganckim. Kojarzy mi się z drogim, fakturowanym papierem, bez żadnego wzoru, ale wyraźnie przedstawiającym swoją jakość.

Czy beton może się znudzić? Myślę, że tak – choć tylko jeśli będzie występował w pojedynkę. Tak jak drewno czy cegła, obecnie wprowadzane do projektów miejscami, na jednej ścianie albo piętrze. Zarówno wybór drugiego (trzeciego i następnego) elementu elewacji, jak i zakomponowanie ich w przestrzeni, dają tak wiele możliwości, że naprawdę nie sądzę, że jeśli beton zniknie z architektury, to na pewno nie będzie to z powodu znudzenia jego wyglądem.

Przykładowe piękne budowle z betonu:

Te przykłady pokazują, że materiał taki jak beton może być wykorzystany w celu stworzenia akcentu w przestrzeni, ale także jako sposób utworzenia harmonii z otoczeniem. To, jaki charakter przyjmie taka elewacja zależy już tylko od koncepcji architekta. Jak mogłam wcześniej nie doceniać tak uniwersalnego materiału?

Słowo klucz: SZARO. Serię Jesiennego Wyzwania postanowiłam poświęcić przemyśleniom związanym z moimi doświadczeniami i zainteresowaniami. Jesień to pora refleksji, spojrzenia na to co było – w końcu niedługo nowy rok, trzeba coś zamknąć, coś podsumować. A tu wciąż do głowy wracają kolejne wspomnienia, czasem łączące się ze sobą w dość nietypowy sposób i tworzące nowe wnioski.

Więcej

Wielka podróż do Belgii – cz. 5 (Antwerpia)

Być może myśleliście, że cykl wpisów o belgijskiej przygodzie już się zakończył. Nic bardziej mylnego! Oto kolejny, tym razem już ostatni, fragment dziennika podróży. Ostatnie chwile spędzone w tym pięknym kraju również sprzyjały pięknym widokom i niezapomnianym wrażeniom, pojawiła się jednak refleksja na temat zbliżającego się końca przygody. Na szczęście, wycieczka była tak intensywna, że i jej zakończenie miało swoje plusy – był to oczywiście przede wszystkim odpoczynek.

Jeśli nie czytaliście poprzednich wpisów z cyklu, to zapraszam do zapoznania się z pierwszym z nich a także z ogólnym zapisem świeżych jeszcze wrażeń, stworzonym zaraz po przyjeździe.

Dzień szósty

Czasem zdarzają się takie przygody, które podczas ich trwania wydają się być pechowe, niechciane – jednak w już niedalekiej przyszłości to one stają się tymi wspomnieniami, które najczęściej przywołuje znane wszystkim „a pamiętasz jak…?”. W moich wspomnieniach to właśnie szósty dzień belgijskiej przygody stał się taką retrospekcją. A zaczęło się bardzo niepozornie.

Het Steen

Pierwszą zanotowaną atrakcją do odwiedzenia był średniowieczny zamek Het Steen. Na miejscu okazało się jednak, że nie znajduje się w nim muzeum archeologiczne, którego się tam spodziewałam. Wszystkie eksponaty zostały w 2011 przeniesione do Museum Aan de Stroom, o czym jakimś cudem nie zdążyłam doczytać przed podróżą.

Rynek

Skreślić musieliśmy także kolejny punkt planu dnia – podziemia miasta, które według informatora turystycznego miały być dostępne dla osób posiadających kartę miejską. Okazało się, że wycieczki rzeczywiście się odbywaja, jednak prowadzi je prywatna firma i obowiązuje dużo wcześniejsza rejestracja. W ten sposób zyskaliśmy kilka dodatkowych godzin, które mogliśmy przeznaczyć na inne atrakcje. Osobiście byłam jednak zła; zawsze denerwuję się, kiedy coś idzie nie po mojej myśli.

Nastrój poprawił mi nietypowy widok – pod ratuszem, na rynku, rozstawił się pchli targ staroci. Mnóstwo kolorowych pamiątek, biżuterii, akcesoriów kuchennych i starego sprzętu, książek i dekoracji domu, szkatułek, obrazów, świeczników, widokówek, zabawek, portfeli, albumów… było tam chyba wszystko, czego ktokolwiek mógłby chcieć się pozbyć. Osobiście nie znalazłam tam niczego dla siebie, ale sam widok tych niesamowitych „gratów” był po prostu uroczy. Nie wiem, jak często w Antwerpii odbywają się tego typu bazarki – ważne jest, że mają one swój klimat. Rzeczy porozstawiane na stolikach można oglądać prawie jak eksponaty w muzeum historii zwykłych ludzi – zwłaszcza, że część z nich mogłaby wiekiem kandydować do statusu zabytku.

Katedra

Jak długo można jednak ignorować najwyższy i najwspanialszy budynek w okolicy? Nareszcie przyszedł czas na odwiedzenie wnętrza katedry. Fenomenalna budowla, widoczna z każdej uliczki i nie dająca się ująć w całości w kadrze obiektywu, w środku nie ustępowała majestatowi zewnętrza. Tutaj wpis, w którym jest więcej zdjęć widoku katedry.

Zapamiętajcie tę płaskorzeźbę z czaszką i tarczami, jeszcze pojawi się w jednym z wpisów.

Na wejściu dostaliśmy ulotki informacyjne… po polsku! Nie miałoby to większego znaczenia w innej sytuacji, jednak podczas tej wycieczki wiele razy jakiegoś komunikatu nie udało nam się dostać w języku angielskim – a tu taka niespodzianka. Wewnątrz katedry umieszczonych jest kilka wystaw, a w tle rozlega się klimatyczna muzyka chóralna.

Na początku trasy zwiedzania katedry znajduje się to, co studenci architektury lubią najbardziej – makiety poszczególnych etapów budowy kościoła. Wyszczególniono na nich ciemniejszym kolorem, nowododane elementy względem poprzedniego stanu budowli. Patrząc na te modele, można zaobserwować, jak na miejscu wcześniejszego kościoła romańskiego, najpierw powstawała absyda (1413), a później, zamiast kontynuować budowę, dostawiając do niej korpus, skupiono się na fasadzie (1475), aby ostatecznie połączyć ze sobą te części obiektu (1492). Kościół jest ogromny, na co wpływ miało bogacenie się miasta dzięki handlowi wełną z Anglią. Wtedy mocno rozwinęło się rzemiosło, a każdy cech chciał mieć w kościele swój własny ołtarz – w szczytowym momencie było ich aż 57. Co jednak można przeczytać w katedrze, obecnie widoczna forma kościoła nie jest dziełem ostatecznym. W 1521 roku postanowiono przebudować obiekt na gigantyczną budowlę, niezrealizowaną z powodu pożaru w 1533 roku, jednak zachowaną w historii dzięki pozostałościom ścian nowej absydy. 1559 rok to data zyskania statusu katedry, natomiast następne dzieje budowli wiążą się z ikonoklazmem, późniejszym odzyskaniem budowli przez katolików za sprawą Filipa II, najazdem Francuzów, wprowadzeniem dekoracji barokowych. Obecnie budowla jest oczywiście pięknie odrestaurowana.

W kolejnej części katedry umieszczona jest wystawa stron z dawnych śpiewników. Pięknie zdobione karty z ówczesnym zapisem nutowym przedstawione zostały w postaci powiększonych zdjęć, wydrukowanych na wielu dużych planszach. Dalej znajdują się, już specjalnie zabezpieczone, prawdziwe stare księgi – od malutkich wersji kieszonkowych, do gigantycznych, zajmujących całą dużą gablotę.

Kolejna ciekawą rzeczą jest nietypowa instalacja – ciemny namiot w nawie bocznej, wewnątrz którego umieszczone są lustra-walce, na które odbijają się anamorficzne twarze wyświetlone na górze. Z każdego z tych elementów wydobywa się głos odpowiadający przedstawionemu chórzyście – chcąc więc skupić się na nim, wystarczy podejść bliżej. Niesamowite wrażenie.

Do katedry przeniesiona została także część obrazów z zamkniętego obecnie Królewskiego Muzeum Sztuk Pięknych – w tym arcydzieła Rubensa, których chyba nie można nie-zobaczyć będąc w Antwerpii. Inni wielcy mistrzowie, których prace można zobaczyć w katedrze to m.in.: Quentin Massys, Barend van Orley, Frans Floris, Ambrosius Francken, Otto van Veen, Maerten de Vos, Adam van Noort, Hendrik van Balen. Dla fanów historii malarstwa na pewno cenną będzie informacja, że z kartą turystyczną w sklepiku katedralnym można zakupić pięknie wydany album z porządnymi reprodukcjami wszystkich dzieł z katedry oraz opisaną historią obiektu z rabatem 40%.

Opisałam wystawy, ale powinnam jednak opisać samą katedrę – bo uwierzcie mi, że i bez tych dodatków i tak byłaby niesamowitym obiektem do zwiedzania. Przepiękne witraże, rzucające barwne światło z każdej kaplicy w absydzie i nawach bocznych, niesamowite sklepienia (tutaj też w gablotce przedstawiony został proces odzyskiwania malowideł), wejście do podziemi, mieszczących ślady po istnieniu wcześniejszego kościoła romańskiego, czy sama figura Matki Boskiej z Antwerpii, także wiele, wiele innych rzeźb i aż dwa zestawy organów, kopuła wieżyczki, znajdującej się między nawą główną a prezbiterium – dużo można pisać o tym obiekcie, ale nic nie odda wrażenia z jego wnętrza.

Rubenshuis

Następnym punktem wycieczki był dom Rubensa. Okazał się on najbardziej obleganym przez turystów miejscem w Antwerpii, co zdecydowanie zmniejszyło jego oddziaływanie. Rubens już za życia był znanym i cenionym malarzem, a dzięki bogactwu Flandrii, miał mnóstwo nabywców swoich dzieł. Wtedy popularne było kolekcjonerstwo sztuki, artyści mieli pełne ręce roboty. Dom Rubensa jest miejscem niezwykle bogatym, powiedziałabym wręcz że pełnym przepychu. Ściany wielu pomieszczeń pokryte są skórzanymi panelami z nadrukowanymi ornamentami, meble natomiast mają bogate wykończenie rzeźbiarskie, nawet jest osobny pokój na prześcieradła. Dom, a prawie pałac, Rubensa, ma dziedziniec i ogród z rzeźbami.

Nie wiem, jak wiele obrazów znajdowało się w domu Rubensa za życia malarza, ale jestem pewna, że niewiele ścian pozostawało gołymi. Zauważyć można natomiast, że akurat w tym miejscu prac Rubensa jest stosunkowo mało. Warto jednak wspomnieć, że sam budynek jest dziełem artysty – mało osób wie, że Rubens także był architektem.

Museum Mayer van den Bergh

Następnie udaliśmy się do dzielnicy teatralnej, gdzie mieści się Museum Mayer van den Bergh. Tak, oglądania pięknych obrazów nigdy za wiele. Miejsce to, będące kiedyś prywatną kolekcją Fritza Mayera van den Bergha również zawiera część przeniesionych dzieł z Muzeum Królewskiego – jednak i bez nich byłaby to naprawdę bogata kolekcja. Na wysokich ścianach wiszą dzieła m.in. Rubensa, Van Dycka czy Jordaensa – naprawdę jest na co popatrzeć. Było to ostatnie muzeum, które udało nam się odwiedzić tego dnia, niestety w Antwerpii godzina 17 oznacza koniec zwiedzania.

Linkeroever

Zjedliśmy obiad i poszliśmy na spacer po mieście. Pogoda zaczynała się porządnie psuć, jednak nie był to argument do zatrzymania nas w hotelu. Kiedy jednak dotarliśmy na rynek, ulewa stała się na tyle duża, że musieliśmy przeczekać w portalu katedry. Oczywiście wolałabym móc przejść się pomiędzy kamieniczkami, jednak patrzenie się na zdobienia budowli również należało do przyjemności. Wieczorem jeździło też mniej autobusów i jakoś żaden nie zmierzał w naszą stronę. Aby nie czekać wieczności, udaliśmy się na inny przystanek niż zwykle – choć w naszym kierunku. Po parunastu minutach wsiedliśmy do autobusu. Wszystko zapowiadało się normalnie, trasa była nam znana – a jednak autobus nie zatrzymał się na naszym przystanku i wylądowaliśmy… w Linkeroever, co się tłumaczy – być może się domyślacie – na lewy brzeg rzeki. Chyba nie muszę opisywać, jak wyglądała moja mina, kiedy pojazd zanurzył się w tunelu, a jak kiedy wysiedliśmy w szczerym polu, oddalonym 3 kilometry od hotelu, z czego 2 km w tunelu, w tym 300 metrów pod rzeką.

O dziwo, nie było też w pobliżu zbyt wielu ludzi, więc nawet nie mogliśmy zapytać o jakieś wyjście z tej sytuacji. Było ciemno, zimno, zaczynało padać, a sytuacja zaczynała zamieniać się w dramat. Wokół nas rozlegały się pasy zieleni, otoczone wysokimi blokami. Nie mogliśmy wrócić pieszo, tunel był dostępny tylko dla samochodów i wydawał się nie mieć końca – spacer odpadł od razu. Rozpoczęły się więc nieskuteczne próby poszukiwania przystanku na przeciwległej stronie ulicy. Nie wiem, ile to trwało, ale w końcu trafiliśmy na właściwy przystanek – chyba idąc za jakimś pieszym przez mroczną łąkę przed blokowiskiem. Z tego ukrytego przed światem miejsca udało się złapać autobus i bezpiecznie dotrzeć do hotelu.

Dzień siódmy

Platin-Moretus Museum

Wyszliśmy z hotelu z wiedzą, że jest tak mało czasu na tyle rzeczy do zobaczenia – a to nasz ostatni dzień. Zaczęliśmy od Platin-Moretus Museum – jednego z ważniejszych obiektów na mojej liście. Muzeum druku mieściło się w domu-pracowni drukarza. Mieści się tam mnóstwo urządzeń oraz pras graficznych, a także nieprawdopodobna liczba czcionek drukarskich. Odwiedzając to muzeum, można dowiedzieć się, w jaki sposób tworzono zarówno książki, jaj i czcionki. Aby skorzystać z tej wiedzy, zakupiliśmy audioprzewodnik, co okazało się złą decyzją – razem z nami weszła anglojęzyczna wycieczka z panią przewodnik, której nie sposób było nie słuchać.

Muzeum Platin-Moretus okazało się niezwykłym miejscem, przedstawiającym dokładnie proces druku, od wstępnego układania liter, poprzez pierwsze wydruki i ich korektę, po masową pracę na wielu prasach. Warto też zobaczyć słynne „lower case” i „upper case” na żywo. Inną rzeczą były obrazki w książkach – ciekawostką były matryce graficzne ze wczesnych książek o anatomii, gdzie można było zaobserwować, jak w tamtych czasach „przebadano” budowę ciała ludzkiego.

Poza tym, muzeum mieściło ogromną kolekcję pięknych ksiąg (a przy okazji niezwykle cennych): Biblię Gutenberga czy mapy Mercatora. Niektóre egzemplarze były jednak napisane ręcznie – wśród nich znalazł się nawet słownik.

Mała Biblioteka

Przedstawiona została także historia drukarza oraz – niespodzianka – jego przyjaźń z Rubensem, który zaprojektował niektóre rysunki w sprzedawanych księgach. Ostatecznie zobaczyliśmy miejsce, w którym książki były sprzedawane – sklepik z zapleczem. Tutaj najciekawsza była lista ksiąg zakazanych, wisząca na ścianie.

Rockoxhuis

Następnie udaliśmy się do Rockoxhuis – kolejnego muzeum stworzonego w domu wielkiego kolekcjonera dzieł sztuki. Zdecydowanie było warto. Tutaj znaleźliśmy chyba najwięcej dzieł przeniesionych z Królewskiego Muzeum, zamkniętego do 2018 roku. Tak więc i tutaj pooglądaliśmy Rubensa, Jordaensa, Teniersa, Snydersa, Brueghela i wielu innych znanych artystów. I jak tu teraz wrócić do Polski, gdzie wystawa promowana we wszystkich mediach dotyczy tylko 4 wypożyczonych obrazów, mało istotnych dla twórczości ich wykonawcy (wystawa obrazów Goi – naprawdę, 4 małe obrazy, mało istotne). Tutaj na niewielkiej przestrzeni widziałam chyba wszystko.

Ostatecznie na biegu zakupiliśmy pocztówki i wskoczyliśmy do turystycznego busika, czekającego pod ratuszem. Niezwykle ważnym obiektem do zwiedzenia było jeszcze Red Star Line Museum – muzeum emigracji, znajdujące się zaraz za przepięknym Museum aan de Stroom. Tutaj muszę podkreślić, że było to w sierpniu, jeszcze zanim tematem numer jeden w mediach stały się masowe migracje w Europie.

Red Star Line Museum

Muzeum mieści się w budynku, który służył jako centrum kontroli pasażerów firmy Red Star Line, działającej w latach 1873-1935. Aby móc wejść na pokład, trzeba było przejść mnóstwo testów, zwłaszcza tych medycznych. Ludzie, którzy często aby dostać się do Antwerpii przeżyli długą i męczącą podróż z różnych części Europy pociągiem, musieli poddać się wielu procedurom, przez co ich planowana podróż mogła znacznie odwlec się w czasie. W muzeum przedstawiono, w których miejscach odbywały się poszczególne czynności.

Wystawa przygotowana jest w sposób multimedialny – zawiera więc ekrany dotykowe z informacjami, mnóstwo nagrań, a nawet zapachy i oświetlenie. Ciekawym elementem jest sala poświęcona samym statkom Red Star Line – umieszczony jest tam przekrój statku, a na ekranie obok można wyświetlić informacje o pomieszczeniach, w zależności od funkcji i klasy.

Ślady polskiej emigracji

Na końcu wystawy znajduje się duża, otwarta przestrzeń, gdzie umieszczone zostały informacje historyczne na temat działania linii – w tym limity pasażerów ze względu na kraj pochodzenia. W tej przestrzeni można przeczytać także o nielegalnych imigrantach oraz o kulturze ludzi, którzy dostali się na statek.

Red Star Line Museum to niewielkie, ale zdecydowanie warte odwiedzenia miejsce. Poza wartością historyczną, sam budynek ma swój klimat. Niezwykła jest też muzyka towarzysząca wystawie. Idealny cel na ostatnie półtora godziny podróży.

Ponieważ nie mieliśmy już dokąd pójść po godzinie 17, postanowiliśmy pojeździć sobie turystycznym busem po mieście. Przed wizytą w ostatnim muzeum trafiliśmy na świetnego kierowcę, który z zaangażowaniem opowiadał o historii miasta. Na szczęście, znowu udało nam się zobaczyć go za kierownicą. Okazało się, że nie tylko my mieliśmy w planach objazd po mieście – pojazd był prawie pełen, jednak dzięki temu usłyszeliśmy informacje o mijanych obiektach w kilku językach. Z wrażenia aż zostawiłam parasolkę w autobusie.

Zakończenie

I to był koniec podróży. Następnego dnia czekał nas przejazd pociągiem z powrotem do Brukseli, a następnie autobusem Flibco na lotnisko w Charleroi – czyli dwa razy po godzinę drogi. Był to jedyny stresowy punkt całej podróży. Spóźnienie się na samolot mogłoby okazać się tragiczne w skutkach. Jednak z powodu braku niespodziewanych przeciwności losu, na miejsce trafiliśmy ponad dwie godziny przed odlotem. Także znaczące zwiększenie (powiedziałabym, że zwielokrotnienie) masy bagażu przez rozliczne pamiątki nie okazało się problemem podczas przejścia przez bramki.

Jak dobrze, że powrót odbywał się samolotem – perspektywa widoków z okna ratowała przed smutkiem końca przygody.

Więcej

JWB: Wschód

W ciągu ostatnich lat całkowicie zmieniło się moje podejście do sztuki. Po tym, jak zakończyłam naukę w liceum plastycznym i obrałam drogę idącą bardziej w stronę techniki (bo studia architektoniczne to przecież i budownictwo, i konstrukcje, i mechanika – nawet jeśli każda dziedzina w podstawowym zakresie), umniejszyło się we mnie poczucie pewnej sakralności dzieła plastycznego i zatarła granica, za którą pewne prace zaczyna się nazywać kiczem. Być może z punktu widzenia kogoś z ASP moja postawa wygląda jak swego rodzaju bunt albo ujście rozczarowania – ja jednak czuję, że wypracowanie sobie niezależnego zdania w temacie sztuki to osiągnięcie niezwykle cenne i w pewnym sensie dorosłe.

Z tamtych czasów pamiętam te niepojedyncze przypadki, gdy ktoś przynosił na malarstwo jakiś wymalowany w pocie czoła po nocach wschód słońca i jak wyglądała zmiana na jego twarzy po usłyszeniu oceny profesora. Nigdy nie zapomnę, jak na „temat dowolny” znajomy z klasy wyrysował przepiękny pejzaż nocny z jakimś domkiem na urwisku i kiedy świat na chwilę wstrzymał oddech, gdy nauczyciel od malarstwa brudną szmatą rozmazywał węgiel na tej kartce, „bo za mało mięsa”. Nie zliczę też, ile razy jako szczyt największej porażki życiowej przywoływane było rozstawienie swoich obrazów na Bramie Floriańskiej w Krakowie. Ja naprawdę kiedyś chciałam kontynuować ten wyścig zgodności z wymogami, wydawałoby się jeszcze mniej logicznymi niż te z Dziennika Ustaw?

Wydaje mi się, że potrzebowałam czasu, pozwalającego spojrzeć na rozwój sztuki z trochę dalszej perspektywy. Dwa lata studiów na architekturze – gdzie przedmioty plastyczne oczywiście występują, ale jako uzupełnienie, w celu rozwoju wyobraźni i wyczucia estetyki – pozwoliły mi doskonale zrozumieć, że zdecydowanie nie mogłabym zasilić tej jednomyślnej masy, po prostu do niej nie pasując.

Bo czym jest dla mnie sztuka, jaka jest jej funkcja w obecnym świecie? Zabrzmię mało romantycznie, ale obecnie jej główne cele mogę podzielić na trzy grupy:

  • estetyczną, dekorującą otoczenie, polepszającą jakość życia ludzi mających z nią do czynienia poprzez zapewnianie im wrażeń wizualnych
  • walutową – zwłaszcza przy dziełach drogich, które z czasem mogą zyskać albo stracić na wartości i porządnie namieszać w kieszeni kolekcjonera
  • edukacyjną lub światopoglądową, czyli wyrażającą pouczenie (często moralne) odbiorcy

Pominęłam tutaj całą kulturę popularną, a także sztukę internetu, od porządnych fanartów na krzywych i prostych lub prostackich memach skończywszy. Skupmy się na sztukach plastycznych, jakich się naucza w obecnych czasach – rysunku i malarstwie, rzeźbie, różnorakich kompozycjach czy instalacjach i tak dalej.

Biorąc pod uwagę, że zaliczenie sztuki do drugiego podpunktu może wystąpić tylko ze strony odbiorcy (nawet jeśli artysta „umie się sprzedać”), natomiast trzecia funkcja staje się wtórna i na ogół wygrywają twory prezentujące myśl ogółu, najczęstszą rolą sztuki przeciętnego artysty będzie tworzenie wyrazu piękna, do zawieszenia na ścianie w przedpokoju. Dawnych potrzeb upamiętniających (zapewnionych przez fotografię) oraz informacyjnych (media i internet) już w sztuce prawie nie ma – no chyba, że liczy się pojedyncze, mało istotne portrety. Na mojej liście nie znajduje się także sztuka dla sztuki – i to stwarza mój problem, który właśnie opisuję.

W sztuce dekoracyjnej bardzo łatwo stworzyć coś, co przez znawców zostanie nazwane kiczem. Popularne wzory, kwiatki, czaszki, pędzące konie, wschody i zachody słońca czy obrazki z okładek książek popularnie nazywanych kobiecymi – z rysunkami tego typu lepiej nie pokazywać się w artystycznych środowiskach. Za to w gronie prostych ludzi jak najbardziej! Przecież to jest to, co zwykły człowiek umieściłby na ścianie nad półką z pamiątkami-figurkami. Takie miejsce nie przyjęłoby natomiast budzącego niepokój dzieła ni-to-aktu ni abstrakcji.

Lubię sztukę kiczową. Może nie w całości, bo wciąż nie mogę się przekonać do obrazków wykonywanych w 5 minut sprejem na cienkich blaszkach. Doceniam natomiast starania osób, które nie chcą stworzyć czegoś na siłę artystycznego, natomiast dążą do ucieszenia prostego odbiorcy. Rozumiem piękno powtarzalnych tematycznie obrazków, które przecież i tak nie są między sobą identyczne. Zwłaszcza, że biorąc pod uwagę liczbę ludzi, twórców, na świecie – nigdy nie można być pewnym swojego nowatorstwa.

Na proste twory jest miejsce w kulturze. Nawet dzięki nim sztuka zwana „wysoką” może zyskać, mając odpowiednie tło, z którym będzie musiała wytworzyć kontrast, aby zostać docenioną – przez co będzie stawała się lepszą.

Mój problem ze sztuką jest taki, że w kontekście współczesnego świata, spłyciłam ją do funkcji bycia ładną – i w ten sposób chcę tworzyć. Oczywiście inaczej odnoszę się do prac dawnych mistrzów. Uważam, że zarówno nowożytne próby idealnego przedstawienia rzeczywistości jak i modernistyczne szokujące twory, były potrzebne w swoim czasie.

Ten wpis powstał w ramach Jesiennego Wyzwania stworzonego przez Mocną grupę Blogerów. Jest to moja krótka refleksja związana ze słowem WSCHÓD i w podobny sposób zamierzam potraktować pozostałe trzy tematy.

Więcej

Architektura jest najważniejsza

„Ludzkość poprzez architekturę wyraża swoje istnienie, bowiem architektura jest tym właśnie procesem twórczym, który przekształca przyrodę i formuje nowy krajobraz. Krajobraz człowieka.” Są to słowa prof. Tomasza Mańkowskiego, architekta, któremu została zadedykowana książka „Architektura jest najważniejsza. Rozmowy”, autorstwa jego córki, Ewy Mańkowskiej-Grin. To jego rozważania stały się punktem wyjścia oraz inspiracją do przeprowadzenia rozmów ze znanymi polskimi architektami, które autorka odbywała od października 2014 do połowy bieżącego roku.

Ewa Mańkowska-Grin, jako malarka, w swoich pytaniach zwróciła uwagę na kwestie wrażeń estetycznych jakie dzieła architektów potrafią wywołać i często wywołują. Artystka zapytała wprost, czyja to wina, że obecnie w wielu miejscach w Polsce panuje prawdziwy nieład przestrzenny, dlaczego stawia się domy zupełnie niepasujące do siebie nawzajem i dlaczego architekci, jako ich twórcy, na to pozwalają. Odpowiedzi, jakie padły, nie były jednakowe. Kiedy osoby rozumiejące taką sytuację wypatrują źródła problemów, może okazać się, że czynników sprawczych tego chaosu w zabudowie może być o wiele więcej.

Innymi zagadnieniami, jakie autorka poruszyła w swoich wywiadach są tematyka roli mistrzów w kształceniu świadomości architektów, a także współczesne nauczanie tej dziedziny. Architekci, którzy kiedyś pobierali u kogoś nauki, a w większości przypadków później sami zaczęli wykładać na uczelniach wyższych, chętnie podzielili się swoim doświadczeniem i opowiedzieli o roli, jaką pełni zdobywanie doświadczenie w tym zawodzie.

Pomimo, że pytania się powtarzają, każda rozmowa jest inna, tak jak nie ma dwóch takich samych architektów i dwóch takich samych budynków. Sama wybrałam w tej książce trzy swoje ulubione wywiady, do których z pewnością kiedyś wrócę. Jeśli sięgniecie również po tę książkę, znając mnie, pewnie zgadniecie które.

Podoba mi się to, że każdą rozmowę można inaczej scharakteryzować – na przykład ta z Janem Łasiem, architektem specjalizującym się w technologiach drewnianych, skupiła się na architekturze Podhala oraz różnicach pomiędzy takimi budynkami a tymi murowanymi. Są rozmowy bardziej filozoficzne, są refleksyjne a także i te, gdzie architekci wyrażają zupełnie nieznane mi dotąd poglądy na kwestie, z którymi na co dzień się spotykam. Prof. Ewa Kuryłowicz, dla przykładu, zwróciła uwagę na wady usług w parterach zabudowy, Piotr Śmierzewski z biura projektowego HS99, natomiast argumentował za tym, że da się stworzyć dobrą architekturę przy mniejszym budżecie.

Myślę, że książki „Architektura jest najważniejsza. Rozmowy ” nie powinno się czytać w domu. Zamiast tego, lepiej wybrać jakieś ruchliwe miejsce w centrum miasta, a idealnie ławkę na przedmieściach. Dzięki temu, można mieć przed oczami żywy obraz jednego z ważniejszych zagadnień, które zostały poruszone w rozmowach – urbanistyki. Ten temat został pojawił się chyba we wszystkich wywiadach, tak samo jak środowisko oraz „przestrzeń funkcjonalna” miasta, osiedla zamknięte.

Komu poleciłabym tę książkę? Raczej nie osobom nie posiadającym żadnej wiedzy o architekturze (no chyba, że są fanami literackiej formy rozmów). W wywiadach pojawia się wiele „smaczków” często związanych z historią architektury i urbanistyki, ale jest też wiele informacji, których pełne zrozumienie wymaga tła wydarzeń, którego może brakować niektórym odbiorcom. Wystarczy nie wiedzieć, czym jest Wystawa Światowa albo jaka jest różnica pomiędzy projektem typowym a indywidualnym, aby pewną część informacji płynących z odbioru tej książki stracić.

Dla pasjonatów architektury jest to pozycja zdecydowanie warta przeczytania. Jeśli kiedyś będę miała własne biuro architektoniczne, to umieszczę ją na półce pomiędzy Witruwiuszem a Prawem Budowlanym i będę ściągać z tej półki za każdym razem, kiedy zapomnę czym jest architektura, a raczej czym była w połowie drugiej dekady XXI wieku. Bo „Architektura jest najważniejsza. Rozmowy” to doskonałe świadectwo obecnego wizerunku miast.

Na koniec o samym wydaniu:
Książkę można zakupić w sklepie Fundacji Bęc Zmiana w cenie 41 zł. Jej format to szersze o 2 centymetry A5, a papier przyjemny, chropowaty. Okładka to miękka tekturka ze skrzydełkami, ze wzorkiem logo wewnątrz. Ładne, minimalistyczne wydanie, skupiające się na znaku graficznym widocznym na okładce. Jedyna wada to zbyt mały margines środkowy, co utrudnia czytanie w środku książki. Przed każdą rozmową zaprezentowany jest obrazek – w większości szkic zapowiadający architekta – jego autora. Na ostatnich stronach umieszczone zostały biogramy przedstawionych twórców, krótko przybliżające ich sylwetki i twórczość. Książka sprawia wrażenie bardzo architektonicznej :).

Więcej